Certyfikat na żonę

0

To była oczekiwana wizyta zacnego gościa. Próbując nieba uchylić i doskonale sprawdzić się w roli gospodyni domowej nieopatrznie zapytałam go, czym chciałby się poczęstować. To, co usłyszałam brzmiało jak wyrok – PIEROGI. Nie spodziewałam się, że po raz drugi poddam się wielkiej próbie i będę zmuszona sięgnąć po stary certyfikat.

Dzięki niemu swoje życie mogę spędzać u boku swojego męża. Wiele prawdy kryje się bowiem w stwierdzeniu „przez żołądek do serca mężczyzny„. Jak zrozumieć jednak młodym, niezależnym i wyzwolonym kobietom, że w ostatecznej rozgrywce o serce ukochanego, coś tak prozaicznego może mieć znaczenie. A jednak. Argument – w moim przypadku – o smaku ruskich pierogów odegrał znaczącą rolę.

W żartach usłyszałam kiedyś „jak nauczysz się robić pierogi, to się z Tobą ożenię„. Idąc za ciosem poprosiłam kolegów z pracy o wydrukowanie pięknego certyfikatu na wyrób pierogów. W treści zawarłam recepturę pierogów a’la Sandeccy oraz podpisy jury w osobach mojego taty i śp. mamy. Jak się okazało sam certyfikat nie wystarczył, musiałam w praktyce potwierdzić swoje umiejętności. Pociągnęliśmy zabawę dalej. Ukleiłam górę pierogów, a druga strona dotrzymała umowy, więc zostaliśmy mężem i żoną.

Realia są takie, że certyfikat schowałam skrzętnie na parę ładnych lat. No cóż, były to jedyne moje pierogi w życiu. Mój mąż owszem jadał ten smakołyk albo w wykonaniu teściowej, albo… kucharek z „Baru Gdańskiego”. Tłumaczyłam się, że nie mam stolnicy, a to kuchnia za mała, wałka brak. Powodów uniemożliwiających mi przygotowanie pierogów było wiele, aż do pewnego wieczoru.

Umawialiśmy się telefonicznie na spotkanie z zacnym gościem. Miła rozmowa, wstępne ustalanie dnia i godziny. Nagle w przypływie uczuć idealnej pani domu zapytałam, co owy szanowny człowiek miałby ochotę zjeść. „Marzę o pierogach” – słychać było w telefonie. Oj, minę miałam nietęgą. „Ależ oczywiście” bąknęłam i wtedy zaczęły się nocne koszmary.

Odkurzyłam naprędce certyfikat i skrupulatnie zanalizowałam wszystkie zapisy. Ileż ja miałam pytań dodatkowych. Ziemniaki gotowane na parze, czy z wody? Jaka mąka? Jaki twaróg? Jajko zimne czy ciepłe? Nie mogłam już doradzić się mojej mistrzyni, więc zdałam się na własną intuicję.

Nadszedł wyczekiwany dzień. Gość zjawił się punktualnie, a jakże. Zasiadł wygodnie przy stole i… patrzył. Muszę dodać, że salon mamy urządzony z aneksem kuchennym. Wszystko dzieje się więc na oczach osób przebywających w pomieszczeniu. Już dawno przestałam się tym krępować, ale uwierzcie, w klejeniu pierogów nie jestem doskonała.

Ubrana w kuchenny fartuszek rozsypałam mąkę drżącą ręką, próbując przy tym prowadzić jakąś sensowną konwersację. Przy wbijaniu jajka nie było dobrze, a przy wlewaniu wody czułam się jeszcze bardziej nieswojo. Eleganckie zagniecenie ciasta jest wręcz niewykonalne, a gdzie reszta? Subtelne rozwałkowanie, wycinanie kółek, aż po preludium całego przedsięwzięcia – sklejenie płatków, po wcześniejszym dobraniu odpowiedniej ilości farszu. Uff, nie było lekko. Nabrałam nieco więcej pewności siebie po powrocie męża z córką. Gość z nieukrywaną satysfakcją czekał na pierwszą partię.

Moje nieco płaskie i przydługie pierogi zanurzyłam we wrzątku. Długo oceniałam, kiedy je wreszcie wyłowić. Kiedy wylądowały na talerzu, gość nieśmiało zapytał o podsmażaną cebulkę. Zabrałam się do roboty. Wyszła o dwa-trzy tony za mocno przysmażona, ale nasz gość nie dał po sobie niczego poznać. Poprosił jeszcze o sól i skonsumował zawartość swojego talerza. Nie dał się namówić na dokładkę, a ja również nie nalegałam. Nie był to jednak koniec moich kulinarnych porażek. Brutalna prawda wyszła na jaw kilka dni później.

Córka – pasjonatka mozarelli z pomidorami – kilka razy zwracała mi uwagę na wyjątkowo dziwny smak potrawy po jej przyprawieniu. Jak każda zaganiana matka kiwałam głową, ignorując uwagi i każąc jej bez marudzenia zjeść co przygotowałam w ogólnej krzątaninie, jaka z reguły dzieje się po powrocie z pracy do domu. Za którymś razem córka nie zjadła wszystkiego, a ja wkładając kęs do buzi zamarłam. Smak był wprawdzie oryginalny, a jednocześnie dziwny.

Postawiłam przed sobą pojemniki z przyprawami. Pieprz – jak należy, papryka – ostra jak diabli, ale z zawartością solniczki było coś nie tak. Wysypałam na rękę, spróbowałam. O rany! Słodycz cukru mieszała się z miligramem słonego smaku. W myślach odtworzyłam scenę sprzed kilku dni. Kadr 1. W nerwach przygotowuję teren do zrobienia pierogów. Kadr 2. Układam wszystkie składniki. Kadr 3. Solniczka jest pusta, sięgam więc do pojemnika na kuchennej półce. Nie tego, co trzeba… Tak, możecie się już domyślić finału. Wsypałam cukier, zamiast soli. Jest mocno rozdrobniony i trudno go odróżnić.

Z jeszcze większym szacunkiem pomyślałam o naszym zacnym gościu. Wyczyn, jakiego dokonał pamiętnego wieczoru jest godny pochwały. Z wdziękiem posypał cukrem ruskie pierogi i zjadł bez mrugnięcia okiem. Aktorski wyczyn na miarę „Złotej Kaczki”, a raczej „Złotego Pieroga”!

Mój mąż ubawił się setnie, a moja ambicja mocno ucierpiała. Raz jeszcze zrobiłam pierogi, już nie na oczach gości. Z użyciem soli. Efekt można obejrzeć na załączonych zdjęciach. Jednak dobrze się zastanowię, zanim następnym razem zapytam gości o ulubione potrawy. Póki co, serwuję przećwiczone i sprawdzone dania. Może kiedyś znajdą się w tej grupie ruskie pierogi? Na wszelki wypadek certyfikat ponownie schowałam głęboko wśród rodzinnych pamiątek. Do trzech razy sztuka!

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz