Ganglion – jak leczyć?

0

Nie ma tam sceny, ani reflektorów, ale każdy świetnie odgrywa swoją rolę. Gabinety lekarskie już dawno stały się miejscem teatralnych spektakli. W jednym z nich wzięłam bezpośredni udział. Trudno ocenić kto lepiej opanował kunszt aktorski? Ja czy oni? Mam również ogromne wątpliwości jak zakwalifikować przedstawienie. Czułam się jak w klasycznej komedii, ale był to raczej prawdziwy dramat.

Ciekawość pchnęła mnie do tego, aby odegrać trzeci akt w scenie pod tytułem „Ganglion”. Taka sztuka nigdy nie powstała, ale niewiele trzeba, aby odegrać ją na deskach przynajmniej Teatru Narodowego, bo zasięg ma ogólnopolski. Główny wątek oparty jest na losach pacjentki, której dolegliwości zniknęły na długo przed terminem serii wizyt lekarskich. W głównej roli oczywiście wybitna artystka-pacjentka Elżbieta Sandecka-Pultowicz, zaangażowana w opracowanie scenariusza i reżyserię wielu scen. Role drugoplanowe przypadły w udziale równie wybitnym lekarzom polskiej medycyny: dwóm ortopedom oraz rehabilitantowi.

DSC_0355Akt I

Ganglion – już sama nazwa przyprawia o dreszcze. Na mojej prawej dłoni u podstawy środkowego palca pękła torebka stawowa. Pojawiło się coś w rodzaju balonika i uwierało przy wykonywaniu wielu czynności. Ganglion powstaje najprawdopodobniej w wyniku przeciążenia. Od razu dodam, że środkowego palca używam przede wszystkim do klikania w klawiaturę. Zanim jednak otrzymałam ostateczną diagnozę, zgłosiłam się do swojej przychodni. Już ze wstępnej rozmowy w recepcji wyczułam, że odeślą mnie szybko z kwitkiem. Uporczywie zadawano mi pytanie – czy odczuwam ostry ból? Szybko zrozumiałam, że to klucz całej operacji. W każdej kolejnej rozmowie mój ból wzrastał więc do tego stopnia, że wykonano mi na cito rtg i wpuszczono do gabinetu ortopedy. Zdjęcie rentgenowskie nie wykazało żadnych nieprawidłowości. Ratunkiem było badanie ultrasonograficzne, na które otrzymałam skierowanie cito. Lekarz wyprzedzająco wypisał nawet skierowanie na rehabilitację.

Akt II

DSC_0360Zaopatrzona w dwa ważne dokumenty już następnego dnia podjęłam próbę zarejestrowania się na badanie, przypomnę cito (!) Najbliższy termin zaproponowano mi za… trzy miesiące. Niepewność i strach spowodowały, że postanowiłam zagrać vabank. Dzięki uprzejmości rejestratorki i lekarza udało mi się kilka dni później wykonać badanie. Opis, który otrzymałam brzmiał jak wyrok – ganglion. Jak zwykle w takich sytuacjach pacjent zostaje sam na sam z taką informacją i wtedy jedynym ratunkiem jest internet. Zgłębiłam wszystkie informacje na ten temat, a potem długo czekałam na wizytę do ortopedy. W tym czasie doszło do niespodziewanego obrotu sprawy. Nawet nie wiem dokładnie, kiedy to się stało, ale po ganglionie nie zostało nawet śladu. Najprawdopodobniej pękł, a płyn stawowy został wchłonięty przez organizm. Wyczekana wizyta u ortopedy miała więc dość przewidywany przebieg. Problem się sam rozwiązał, więc było już po sprawie. Lekarzy wypełnił kwity, przystawił pieczątkę. Istny cud medycyny polskiej!

Akt III

Pozostała mi jeszcze poradnia rehabilitacyjna. Ręka była już zdrowa, ale przecież miałam dłuuugo wyczekaną wizytę. Postanowiłam dopełnić formalności i zgłosić się do lekarza. Byłam niezmiernie ciekawa jego reakcji i decyzji w sprawie dalszego leczenia zdrowej przecież już ręki.

– Z czym się Pani zgłasza? – zapytał rehabilitant.
– Z ganglionem – powiedziałam podając wynik badania usg.
– Proszę podać dłoń. W którym miejscu?
Podałam dłoń czekając na przewidywalna reakcję.
– Ale przecież tu nic nie ma – mówił zdziwiony lekarz.
– Tak zgadza się, nic już nie ma – odparłam spokojnie.
– ???! ? minę rehabilitanta mogę jedynie zobrazować tymi znakami interpunkcyjnymi.
– Zapewne ma Pan mnie za wariatkę? – mówiłam z rozbawieniem. Tak długo czekałam na wizytę do Pana, że ganglion w tym czasie pękł. Na szczęście przed totalną kompromitacją ratuje mnie wynik usg. Gdybym tego badania nie wyprosiła, a wykonała je zgodnie z proponowanym terminem, zapewne skierowałby mnie Pan do psychiatry. Co Pan w tej sytuacji zaleca? – spytałam przewrotnie.

Lekarz oniemiał. Pomyślał zapewne, że już znajduje się w specjalnym gabinecie i to w roli pacjenta poddawanego terapii. Po chwili zdezorientowany zaznaczył na karcie 10 planowanych zabiegów naświetlania lampą bioptron oraz laserem.

– A teraz proszę zapisać się na zabiegi – orzekł.
– Poczekam kolejne pół roku? – pytałam świadoma realiów służby zdrowia.
– Przy Pani umiejętnościach negocjacyjnych zapewne znacznie wcześniej – powiedział z przekąsem.

Epilog

Z podbudowanym przez lekarza poczuciem wartości postanowiłam grać do końca. Efekt mojego kunsztu był taki, że rzeczywiście udało mi się wcześniej zapisać na zabiegi, które rozpoczęłam po dwóch tygodniach. Przez 10 kolejnych dni poddawałam się zabiegom. Miałam przecież zdrową rękę! Fizjoterapeutka wiedząc o tym bez słowa wykonywała wszystkie zabiegi. To był teatr pantomimy. Jedynym wytłumaczeniem na absurdalność całej sytuacji jest profilaktyczny charakter tych wizyt.

Zastanawiam się czy można przewidzieć swoje choroby i już dziś rejestrować się do lekarzy? Za kilka lat jak znalazł, bo dziś chcąc się leczyć trzeba być wróżką, albo aktorką. I to bez gaży, bez publiczności i bez szansy na filmowego Oskara. A szkoda.

The end

P.S. Po tym aktorskim wyczynie moja odciśnięta dłoń mogłaby z powodzeniem znaleźć się w alei gwiazd.

CZYTAJGanglion brzmi jak wyrok

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz