Historia marynarza – przez ocean życia

0

Jego przeżyciami można byłoby obdarować, co najmniej kilka osób. Przebył miliony mil morskich, opłynął niemal wszystkie lądy i oceany, poznał słodko-gorzki smak pracy marynarza. Trudno znaleźć na mapie port, którego nie odwiedził, za to w każdym walczył z tęsknotą za rodziną. Targany przez wiatr, smagany wodą i palącym słońcem zacumował w docelowym porcie. W otoczeniu morza drzew i wzniesień Gór Orlickich oraz Bystrzyckich spogląda na panoramę Dusznik-Zdroju. Swoje serce zostawił jednak daleko w gorącej Afryce. Pytany o marzenia opowiada buddyjską przypowieść o rybaku…

Kiedy stare modrzewie przy domu zaczynają tracić pierwsze igły, w duszy 78-letniego Franciszka Kani wzmaga się tęsknota. Jego serce jest rozdarte pomiędzy Johannesburgiem, gdzie osiedliła się córka Ania, a Warszawą, gdzie zamieszkał syn Piotr. Kiedy 10 lat temu wraz z żoną Elżbietą pakowali ostatnie walizki i ostatecznie opuszczali RPA, nie przypuszczali, że tak bardzo pokochają ten skrawek gorącego lądu. Niemal całe życie marzyli, aby powrócić na stałe do ojczyzny i wreszcie cieszyć się wspólnym życiem rodzinnym. O miłych chwilach spędzonych w Afryce przypominają im liczne pamiątki zgromadzone w salonie starego, a jednocześnie bardzo pięknego domu, przekształconego w pensjonat. Wśród bibelotów skrywa się radosny duch Czarnego Lądu, jego prostota i naturalne piękno. Taką samą energią emanują gospodarze, co potrafią docenić goście Modrzewówki.

„Wczesna” zaprawa

 

Zanim Pan Franciszek objął stanowisko Chief Officera na dalekomorskich statkach handlowych, przeszedł surową i twardą szkołę, jak każdy młody marynarz. Trudno porównywać dzisiejsze standardy do tych, sprzed półwiecza, kiedy nasz bohater obejmował pierwsze wachty. Przed ukończeniem Wyższej Szkoły Morskiej w Gdyni był w armii niskim rangą podoficerem. Służył na ścigaczach okrętów podwodnych, a później postanowił związać się z Polską Żeglugą Morską w Szczecinie. To najstarsze polskie przedsiębiorstwo armatorskie, specjalizujące się w przewozach masowych z kraju głównie węgla, siarki i stali, a zza granicy drobnicy czyli towarów przemysłowych. Zdarzały się towary luksusowe, jakim były w owych latach cytrusy i banany, przywożone wyłącznie z okazji świąt.

Służba w Marynarce Wojennej, fot. archiwum prywatne

Służba w Marynarce Wojennej, fot. archiwum prywatne

Pierwszym statkiem, którym wyruszył na wielkie wody był drobnicowiec „Ustka”. To właśnie na nim, w wyjątkowo spartańskich warunkach, Pan Franciszek zdobywał swoje pierwsze doświadczenia. Pewne wyobrażenie o skąpym wyposażeniu statku można zdobyć, zwiedzając masowiec wyższej generacji „Sołdek”, zacumowany obecnie przy nabrzeżu wyspy Ołowianki w Gdańsku. W sterowni, pierwotnie nie było nawet radaru, do komunikacji z maszynownią używano rur głosowych, a pomieszczenia ogrzewano piecami wolnostojącymi tzw. kozami. W maszynowni używano, niestosowanego obecnie, napędu mechanicznego z kotłami opalanymi węglem oraz tłokową maszyną parową. Poruszanie takim „monstrum” wymagało niezwykłych umiejętności i czasu. Wspólne kabiny, brak klimatyzacji, kłopoty prowiantowe – to codzienność. Rejs trwał kilka miesięcy, a nie było wówczas GPS, komputerów i telefonów komórkowych. Listy docierały z kilkumiesięcznym opóźnieniem. Prawdziwie pieskie życie wynagradzała pensja i możliwość zobaczenia świata, co w czasach PRL było dla innych wręcz niemożliwe.

Na kolejnym drobnicowcu, na którym służył Pan Franciszek – stanowisko kapitana statku objął kapitan z wojennych konwojów. Niezwykle surowy i bezlitosny. Zwykły ordynus. – Pewnego razu nalaliśmy wody do takiego prymitywnego basenu z brezentu, dzięki czemu mogliśmy się wykąpać. Zbliżał się sztorm. Kapitan postanowił wskoczyć do basenu, ale przy okazji poobcierał się o nierówną powierzchnię. Kazał wyrzucić ze statku cieślę, po czym zmyć trap gorącą wodą – z przejęciem opowiada Pan Franciszek. – Temperament, pomysły, a częstokroć brutalność przełożonych wobec załogi pokładowej nie da się opisać…
Następnie Pan Franciszek rozpoczął współpracę z Polskimi Liniami Oceanicznymi.

Handel pod obstrzałem

Pragnąc zrozumieć specyfikę handlu, a także ogromne ryzyko, które się wtedy z tym wiązało, należy przypomnieć sobie ówczesną sytuację gospodarczo-polityczną świata. Pan Franciszek prawdziwą przygodę rozpoczął na statku zmierzającym do Afryki Zachodniej. Jednostka przewoziła stal, obrabiarki oraz oficjalnie rury gwintowane, w rzeczywistości przystosowane do… czołgów. Do nas przyjeżdżały orzechy ziemne i owoce. Niemal zawsze ładunki importowane stanowiły towary deficytowe, a na eksport szły elementy uzbrojenia i broń. Wszystko odbywało się na granicy prawa, a często je łamiąc. Stąd załoga statku była narażona na niezwykle surowe sankcje karne, a także bezpośrednie zagrożenie życia.

Pan Franciszek w białym mundurze, fot. archiwum prywatne

Pan Franciszek w białym mundurze, fot. archiwum prywatne

Drobnicowiec „Przyjaźń Narodów” z 1937 r. został zakupiony przez Polskie Linie Oceaniczne w 1951 r., które go eksploatowały na liniach dalekowschodnich w strefie wojny.

– Płynęliśmy przez Cieśninę Singapurską, znajdującą się między południowym końcem półwyspu Malakka i wyspą Singapur na północy. Zmierzaliśmy do Portu Hajfong. Trwała wojna wietnamska zwana drugą wojną indochińską, w której podczas nalotów dywanowych zastosowano na masową skalę szkodliwy dla ludzi napalm i defolianty. Nad nami latały samoloty szpiegowskie. Na tej ogromnej zatoce przy użyciu bomów wyładowaliśmy towar na barki. Nieliczne dotarły do składu, większość została zniszczona przez amerykańskie samoloty, co wywołało falę eksplozji. Wprawdzie płacili nam za ryzyko wojenne, ale czuliśmy zagrożenie i strach. Byliśmy obserwowani przez Wietnamczyków, którzy prowadzili ostrzał myśliwców USA. Celem amerykańskich ataków była baza wojskowa na wzgórzu oddalonym od nas około 50 metrów. Rozrzucono masę ulotek ostrzegających przed zagrożeniem. Potem rozpoczęło się piekło. Amerykanie bombardowali celnie, a z bazy nic nie zostało. Szczęście, że wtedy nie sięgnąłem po alkohol, ale ci, którzy byli pijani, wytrzeźwieli w sekundę. Tylko szczury biegały w panice – wspomina marynarz. – Z Wietnamu przez Morze Południowochińskie przybyliśmy do Szanghaju, który poznałem dość dobrze. Dziś to zupełnie inne miasto…

Pan Franciszek dotarł również do wybrzeży Szwecji i Finlandii. Były to dla niego krótkie rejsy, bo z reguły spędzał na statku od 6 do nawet 9 miesięcy. Bałtyk zdążył jednak pokazać swoje nieprzewidywalne i groźne oblicze. Podczas sztormów fale osiągały około 4-5 metrów, a ich długość wynosiła od 10 do 75 metrów. Te warunki utrudniały żeglugę. Z krajów północnej Europy do Polski przywożono rudę i stal, a wywożono papier. Załoga wracała natomiast z bogatą kolekcją wspomnień, a także bajecznych widoków, zarówno pory letniej, jak i zimowej.

Rodzina z obrazka

Rozłąka z rodziną jest wpisana w zawód marynarza. Podczas wielomiesięcznych rejsów ciągle towarzyszy im ból rozstania. Dawniej jakakolwiek wymiana informacji była utrudniona i przebiegała z kilkutygodniowym opóźnieniem. Namiastką była fotografia, która koiła duszę w najbardziej ponure dni. Ale tęskniła również rodzina.

– Poznaliśmy się w 1963 r. – wspomina Pani Elżbieta Kania. – Mieszkałam w Gdańsku, ale wtedy pojechałam do rodziny na Hel. W kasynie oficerskim dostrzegłam chłopaka w rudym swetrze. Byłam tam z ciocią, bo żadna panna z dobrego domu nie poszłaby w takie miejsce sama. To po prostu należało do dobrego tonu. Chłopak podszedł do nas, grzecznie się przywitał, szarmancko pocałował dłonie i poprosił mnie do tańca. Przyrzekłam sobie, że nie wyjdę za marynarza, a on długo się do tego nie przyznawał. A potem… było już za późno. I tak przetańczyliśmy razem 52 lata.

Kiedy Pani Elżbieta po raz pierwszy ujrzała swojego przyszłego męża, była jeszcze studentką. Na czwartym roku wyszła za mąż, a pod koniec piątego urodziła syna. Zaraz potem Pan Franciszek wypłynął w rejs. Tylko dzięki wsparciu rodziny Pani Elżbiecie udało się obronić tytuł magistra, wychowując jednocześnie malutkiego Piotrusia. Kiedy na świat przychodziła córka, jej tata był w morzu. Całe życie rodziny można podzielić na etapy, w których rytm wyznaczały kolejne rejsy.

Płynąć z falą

Raz na trzy lata żona marynarza mogła towarzyszyć mu w czasie rejsu. Pani Elżbieta najbardziej wspomina swoją 3-miesięczną wyprawę do Ameryki Południowej drobnicowcem „Henryk Jendza”. Bardzo ciężko znosiła podróż, bo dała się jej we znaki choroba morska. Uporczywe wymioty spowodowały duży spadek jej wagi. Wahania wysokości i siły fali niemal zawsze towarzyszą pełnomorskim rejsom. Najtrudniej znieść jednak tzw. martwą falę, która dla większych jednostek pływających jest bardziej dokuczliwa, a nawet groźna.

We flocie RPA, fot. archiwum prywatne– Wody Pacyfiku nie dawały nam spokoju. Fala sięgała wysokości 5 metrów. W kabinie bez przerwy wszystko latało wokół. Najgorsze były noce. Jednak pomimo tych wszystkich niedogodności podróż, obejmująca wizyty w takich krajach jak Peru oraz Wenezuela, była dla mnie niezwykle ekscytująca. Samo przebycie Kanału Panamskiego dostarczyło niesamowitych wrażeń. Płynąc od strony Morza Karaibskiego pokonuje się ponad 11-kilkometrowy odcinek na poziomie wód morskich, aż do systemu trzech Śluz Gatuńskich, które podnoszą statki na poziom niemal 26 m n.p.m. Następnie statki płyną wykopem w skałach, potem do kolejnego systemu śluz, a pokonawszy dalsze 13 km wchodzą do portów Panama i Balboa. W drodze powrotnej mogliśmy podziwiać gigantyczne meduzy, które pięknie błyszczały na wodzie. Ich odnogi sięgały metra, a lśniące parasole wyglądały jak diamentowe dywany. Nieziemski widok – nawet po wielu latach Pani Elżbiecie z łatwością przychodzi odtworzyć uczucia, towarzyszące temu niecodziennemu zjawisku.

Na pokładzie była wówczas również polska ekipa z wyprawą w Andy, której towarzyszyła znana podróżniczka Elżbieta Dzikowska. Zapewne do dziś pamięta chrzest morski, zorganizowany na statku, podczas przekraczania równika. Ktoś zbyt mocno przyciął jej długą spódnicę wraz z kawałkiem bielizny, z czego była bardzo niezadowolona. Uroczystość wyglądała dość ekstremalnie. Kandydatów poganiano szczotką do muszli klozetowej, głowy wsadzano do deski sedesowej, golono nogi, a ciało smarowano towotem. Nie ulega wątpliwości, że całe wydarzenie mocno wryło się w pamięć wszystkich ochrzczonych.

Kości ludzkie i kolekcja fallusów

Wyprawa do Ameryki Południowej obejmowała przystanek w ekwadorskim porcie Esmeraldas. To kraj bardzo aktywny sejsmicznie.  W 1968 doszło do silnego trzęsienia ziemi. Zginęło kilka tysięcy ludzi, których chowano w pustynnych warunkach. Liczba ofiar była tak duża, że ciała przenoszono w jednej trumnie na miejsce pochówku, po czym tę samą trumnę używano do przeniesienia kolejnego trupa. Nad okolicą szalało stado sępów, które rozszarpywały i zjadały ciała. Niemal wszędzie można się było natknąć na ludzkie kości. To był ponury widok. Katastrofa przypomniała, jak groźna i nieprzewidywalna potrafi być natura.

We flocie RPA, fot. archiwum prywatne

– Odwiedziliśmy miejsca, gdzie rozwinęła się cywilizacja Inków, rozciągająca się na ponad 1600 km – od terenów współczesnej Kolumbii i Peru, przez Ekwador, Boliwię, aż po Chile i Argentynę. W Peru zwiedziliśmy Muzeum Inkwizycji ukazującym prześladowania ludzi, od sali rozpraw po narzędzia tortur. Inkwizycja działała tu najdłużej na świecie, bo aż 250 lat. Pojechaliśmy w miejsce dawnego cmentarzyska, skąd wydobyto skarby i wiele przedmiotów ze złota. Grabieżcy grobów plądrowali je bezlitośnie, a część tych bezcennych zbiorów z ok. 1500 r. p.n.e. obejrzeliśmy w Muzeum Złota i Broni w Limie. Najbardziej zdumiała mnie wielka kolekcja przedmiotów, które przedstawiały sceny erotyczne. Inkaskie figurki, rzeźby, obrazy, przedmioty codziennego użytku wyobrażają kopulujące pary na wszystkie możliwe sposoby. Figurki kobiet mają powiększone do nienaturalnych rozmiarów narządy płciowe lub piersi. Ale to nic w porównaniu z liczbą męskich członków. W muzeum wyeksponowano niemal wszystkie możliwe formy i kształty fallusów stanowiących element dzbanów, kubków, a nawet całej zastawy – opowiada Pani Elżbieta. – Jakby nie patrząc, była to dla nas wielka wyprawa, praktycznie niedostępna dla ludzi w czasach PRL. Czuliśmy, że jesteśmy bliżej świata. Zmienił się nasz horyzont i kąt patrzenia na rzeczywistość. Było to wielkie bogactwo wiedzy, wrażeń i doświadczeń, być może o wiele cenniejsze od inkaskiego złota – podsumowuje po latach Pani Elżbieta.

Zaginiona walizka

Różnice w wynagrodzeniu załóg polskich i zachodnich były ogromne. „Zakotwiczenie” na zagranicznych okrętach graniczyło z cudem.

– Kombinowałem, aby dostać się na statek takiego armatora – uczciwie przyznaje Pan Franciszek. – Decyzje podejmowała w tej sprawie rada zakładowa Polskich Linii Oceanicznych. Przeciągali. Czekałem dwa lata, potem znowu odrzucili moją prośbę. W końcu dostałem się na angielski statek „Alcazar” pod flagą Singapuru i właśnie tam się zamustrowałem. Miałem dostać się z Warszawy do Londynu w ciągu 12 godzin, ale mój agent zawalił. Dopiero po dwóch dniach wynalazłem połączenie lotnicze z Singapurem. Kiedy przybyłem na miejsce, statek był już w Korei, a ja, przy 40 stopniach Celsjusza, zostałem tylko w jeansach i koszulce, bo moja 50-kilogramowa walizka zaginęła. Przydzielono mi wielki apartament z pełnym barkiem, w którym spędziłem dwa tygodnie. Najgorzej było z porozumiewaniem się. Mój angielski był słaby. Znałem wyłącznie słownictwo nawigacyjne. Z pomocą słowników, a zwłaszcza rąk, próbowałem się dogadać. Namachałem się… Pamiętam, że był to 1978 r., bo wybrano wtedy Karola Wojtyłę na papieża. W nauce języka pomagał mi później kapitan, rodowity Anglik. „Nie martw się – mówił. Dasz radę”. No i dałem.

Pirackie napady i wyprute jelita

Na wodach Dalekiego Wschodu do dziś uprawiane jest piractwo. Napady wcale nie były rzadkością. Najeźdźcy poruszali się długimi, wąskimi łodziami motorowymi.

Chwile relaksu z miejscowymi Zulusami, fot. archiwum prywatne

Chwile relaksu z miejscowymi Zulusami, fot. archiwum prywatne

 

– Musieliśmy się bronić. Nie będzie tajemnicą, jeśli powiem, że mieliśmy na pokładzie broń. Strzelaliśmy z pistoletów maszynowych Uzi. Poszło kilka magazynków… Napastnicy uciekli, a my szliśmy spokojnie dalej. Zwiększyliśmy tylko częstotliwość wacht i naszą czujność – opowiada nasz bohater.

Słuchając tych opowieści, aż trudno uwierzyć, że nie są to sceny z filmu sensacyjnego a rzeczywistość. Trzeba przyznać, że życie pisze najlepsze scenariusze, ale tylko niektórzy grają w nim główną rolę.

– Dotarliśmy do wybrzeży Filipin. Mieliśmy okazję poznać miejscowych ludzi. Muszę przyznać, że Filipińczycy są niezwykle pracowici. Tylko ważne, aby nie dać im wódki. Jak się upiją, głupieją. Jeden, już nieźle podchmielony, rozciął koledze brzuch. W jednej chwili jelita prawie wyszły na zewnątrz. Nie wiedziałem co robić. W końcu, spanikowany, przycisnąłem wnętrzności i obwiązałem brzuch ręcznikiem. Jego życie wisiało na włosku, ale udało się opanować sytuację. Szczęście, że wszystko wydarzyło się w porcie. Ognisty temperament Filipińczyków łatwo przechodzi w agresję. To bardzo specyficzni ludzie – przyznaje Pan Franciszek.

Wspomina również przysmaki kuchni filipińskiej, a mianowicie płetwy rekina używane do przyrządzania zupy, która podawana jest podczas wystawnych przyjęć. Mięso nie cieszy się już takim zainteresowaniem i często, po obcięciu płetw, ryby jeszcze żywe wrzucane są z powrotem do wody. Nic nie jest jednak w stanie pobić innej potrawy narodowej zwanej balut, tj. gotowanym kaczym jajem z uformowanym wewnątrz zarodkiem ptaka. Przysmak spożywa się w całości wraz z kośćmi i dziobem.

 Pocałunek śmierci

Właścicielem holenderskiego statku „ De Rode Tulip” był norweski Żyd. Wspaniały armator ze świetną załogą, w większości z Malediwów.

W pracy jako rzeczoznawca– Panowała doskonała atmosfera, współpraca przebiegała idealnie. Do dziś mam do nich ogromny szacunek. Może właśnie to uratowało nas przed wielką katastrofą, jaka groziła nam na Morzu Północnym – z nieukrywanym zdenerwowaniem mówi Pan Franciszek. – Chodziliśmy po wodach Norwegii, Szkocji i Niemiec, cumując w portach Bremen, Hamburg i Emden. Pokonywanie małych fiordów wymagało niezwykłej precyzji i doskonałych umiejętności. Statek miał po bokach wgięcia, bo o bezkolizyjnym wejściu do zatoki decydowały milimetry. Szliśmy do Emden, kiedy dopadł nas sztorm. Silny jak diabli! Łomotało, wiało, a woda lała się strumieniami. Cała załoga próbowała opanować sytuację. Wybiegłem w piżamie. Zobaczyłem prawdziwe piekło. Próbowaliśmy zaciekle ratować statek i siebie. Utrzymanie na szalejących wodach statku jest trudnym zadaniem. Mało pamiętam z tej strasznej walki z żywiołem. Nawet nie zauważyłem, że przy -5 st. Celsjusza stałem boso przez 10 godzin na mostku przy maszynie sterowniczej. Nawet nie czułem zimna. Słyszałem tylko głosy spanikowanych marynarzy: Zginiemy! Morze zajadle nami szarpało. Wszędzie była tylko woda, woda, woda… Nie mieliśmy kontroli nad statkiem, radar przestał działać, a na czarnym niebie nie było widać żadnej gwiazdy. Pogodziliśmy się ze śmiercią. Czułem ogromne zmęczenie i bezsilność. Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy.

Dobry los czuwał jednak nad nami, bo po dobie pogoda uspokoiła się, a żywioł nieco odpuścił. Włączyłem ponownie system, uruchomiliśmy radiostację, ustaliliśmy położenie statku i obraliśmy kurs na Emden. Idąc dobę pokonaliśmy zaledwie 20 mil morskich. Ogromny stres próbowałem pokonać litrami kawy i paczkami papierosów. Czułem się psychicznie załamany. Powiedziałem sobie: koniec, nie idę dalej. Oświadczyłem to nawet armatorowi, ale widać los chciał inaczej. Miałem w pamięci tragedię mojego kolegi, który utonął na „Nysie” (do tragedii doszło w wyniku przesunięcia się ładunku złomu). Inna historia związana jest z jednym z mechaników, którego nie wzięli na pokład „Nysy”. Był świeżo po ślubie, raptem dwa tygodnie. Po tym tragicznym zdarzeniu chłopak zaczął straszliwie pić. Z rozpaczy, i szczęścia. Mnie w końcu udało się jakoś z tego wyjść. Był to punkt zwrotny w mojej karierze – podsumowuje marynarz.

Bilet w jedną stronę i duch walenia

Poważne kłopoty dla Pana Franciszka pojawiły się w związku z pewnymi „normalnościami” panującymi w  PRL .

– Władze wstrzymały mi paszport. Próbowałem interweniować. Bez skutku. Uznano, że za dużo zarobiłem. Po znajomości udało się mi załatwić bilet w jedną stronę. Otrzymałem pomoc od obcych ludzi, którzy ryzykowali swoim życiem, ofiarowując mi je w zamian. Nie do wiary, jak istnienie wielu ludzi wisiało na włosku…

Dusznicki marynarz trafił na statek „Fere”. Był tam drugim oficerem. Docelowym portem był  Abidżan, ważny port Wybrzeża Kości Słoniowej. Tak naprawdę statek był własnością Belga, niezwykle bogatego człowieka. Okazało się, że kupił „trefny” statek, co przyniosło mu duże kłopoty, które o mało nie zakończyły się jego usunięciem z funkcji. Belg dostarczał broń, a oficjalnie szyny i lokomotywy. Jeden kontener wjeżdżał do Polski, oficjalnie zawsze pusty, w rzeczywistości wyładowany bronią, za którą nie można było zapłacić. Armator wywoził więc na lewo z naszego kraju węgiel w ilości 40 tysięcy ton. To był ogromny przerzut i prawdziwa afera węglowa. Statek był oczywiście namierzony. Warto podkreślić jego doskonałe zaopatrzenie logistyczne. Bojler zapewniał ciepłą wodę, serwowano dania kuchni francuskiej, podawano wyborne wino. – Alkohol lał się strumieniami, aby się nie wysuszyć – z humorem opowiada Pan Franciszek. – To był prawdziwy luksus. Obiad składał się z czterech dań, przy czym przynosił je steward, ustawiający przy tym pełen zestaw sztućców. Był uczynny, czarny jak smoła i… bosy. Przyznał, że najzwyczajniej w świecie bolą go nogi. Zamówiłem mu garnitur i buty, ale on nigdy ich nie polubił. Taka była wtedy cywilizacja.

Kiedy statek przybył do Abidżanu, wyładowano część towaru. Jeden z kontenerów był pełen super broni. Jak się później okazało, miała służyć obaleniu pierwszego prezydenta Wybrzeża, Felixa Houphouet-Boigny. Z polskim węglem dotarliśmy do Nigerii, ale tam doszło do aresztowania statku, ponieważ przekupiono pilota. Na szczęście załodze udało się wyjść z portu i uratować statek.

Scenka uliczna z Durbanu

Scenka uliczna z Durbanu

W kolejnym etapie rejsu dotarliśmy do Pakistanu, potem do Indonezji, na Filipiny i mając na pokładzie 10 tysięcy ton przypraw, obraliśmy kierunek na Stany Zjednoczone. Jakieś 50 mil od Mauritiusu statek stanął. Okazało się, że wlano zły olej, co spowodowało zatarcie silnika. Dodatkowo doszło do pęknięcia na długości 3 metrów. Woda zaczęła dostawać się do środka. Musieliśmy ją wypompować, ale przed nami pojawiły się inne kłopoty. Wcześniej przewoziliśmy cement, który dostał się do rur i zmniejszył ich średnicę. Wszystko zajmowało nam więc więcej czasu. Jakby tego mało, łzawiliśmy ze względu na znajdujący się na pokładzie lateks.

Po raz drugi poczułem, że utoniemy. Wezwaliśmy ratunek. Naprawa uszkodzenia wymagała interwencji płetwonurka, którego opuściliśmy na linie w klatce po żywności. Szybko okazało się, że zatoka pełna jest żarłaczy błękitnych. Jeden z nich podpłynął i z całej siły uderzył w klatkę, ranią lekko naszego człowieka. Trudno się dziwić, że za żadne skarby nie chciał ponownie się zanurzyć. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego, przy burcie zatrzymała się 6-metrowa samiczka walenia. Silnik chodził słabo, aby tylko podtrzymać minimalną ilość energii. Może to ją przyciągnęło? Ja miałem jednak wrażenie, że czuwała przy nas i, w jakiś sposób, chroniła. Do dziś mam przekonanie, że chciała nam pomóc. To było jedno z takich metafizycznych przeżyć, które trudno wytłumaczyć. Nigdy wcześniej, ani później nie miałem takiej sytuacji – wspomina z nutą refleksji.

W końcu przybyła pomoc. Statek odholowano do Afryki Południowej i zacumował w porcie Durban w RPA. Towar musiał być wyładowany, co spowodowało, że w żaden sposób nie mógł terminowo trafić do Stanów Zjednoczonych. W efekcie statek aresztowano jako niesprawny technicznie, a ja zdecydowałem się wystąpić o azyl.

Przewóz żywego towaru

Afryka gorąco przyjęła Pana Franciszka. Rozpoczął życie na nowym kontynencie. Z dala od rodziny i przyjaciół. Mogli być razem dopiero po czterech długich latach. Ten czas poświęcił na budowanie nowego gniazda i bliższe poznanie Czarnego Lądu.

Mieszkanka_Afryki

 

– Nigdy nie chciałam wyjeżdżać z kraju – mówi Pani Elżbieta. – Zmusiła nas do tego sytuacja. Nie byliśmy jednak w komplecie. Syn skończył studia i rozpoczął doktorat. Był już po ślubie i razem z żoną postanowili zostać w Polsce. W daleką podróż wybrałam się córką. Postawiła jeden warunek, że wyjedzie wyłącznie z naszym pupilem, jamnikiem szorstkowłosym. Ta podróż przeszła do historii. Transport zwierząt jest bardzo kłopotliwy. Pies musiał być poddany kwarantannie. Leciałyśmy pierwszą klasą rosyjskim tupolewem do Moskwy, a potem dalej do Swazilandu. Musiałyśmy jednak opłacić przewóz psa. Liczono 10 dolarów za kilogram żywej wagi. Przelot suni kosztował nas 100 dolarów. Była na tabletkach uspokajających. Kiedy dotarła na miejsce, musiała się długo aklimatyzować ze względu na bogactwo nowych zapachów i skaczące małpy. Aura przeżyła z nami 13 lat – z sentymentem wspomina Pani Elżbieta.

Republika Południowej Afryki wydaje się dzikim krajem, a w rzeczywistości zachwyca bogactwem przyrody, przyjemnym klimatem i wspaniałymi relacjami międzyludzkimi. Nie brakowało eleganckich sklepów, o jakich w Polsce można było pomarzyć, urzędów z miłą obsługą oraz banków, w których serwowano klientom kawę. Największym skarbem byli jednak ludzie, co charakteryzuje kraje afrykańskie, szczególnie w Zululandzie, dystrykcie RPA. Z natury życzliwi, pomocni, szanujący pracę i siebie nawzajem. A przy tym radośni i ciągle uśmiechnięci.

Ogród spełnionych marzeń

Rodzina Kaniów pokochała nową ojczyznę całym sercem. Wybudowali dom. Zdobyli grono przyjaciół, nie tylko rodaków mieszkających w RPA. Pan Franciszek dostał dobrą pracę, rozwinął zawodowe kontakty, czuł się doceniany. Pracował jako rzeczoznawca morski w dużej korporacji w dziedzinie inspekcji, weryfikacji, badań i certyfikacji. Wymagało to od niego dyspozycyjności, ponieważ statki wychodzą w morze w ciągu całej doby, a także odwagi, bowiem transport odbywał się helikopterem . Dużo „gimnastyki” wymagała też inspekcja załadunku w ładowniach. W sprzyjających okolicznościach korporacja zaproponowała mu założenie firmy, z którą automatycznie rozpoczął współpracę już na własny rachunek. To była bardzo intratna propozycja.

Pani Elżbieta Kania z ogrodnikiem w RPA

– Czułem się tam wspaniale. Dlatego w moim dusznickim domu bardzo cenię sobie drobne pamiątki w postaci posążków, drewnianych rzeźb, obrazów i wielu innych bibelotów. Jestem do nich bardzo przywiązany, ponieważ  przypominają mi piękny czas w moim życiu. Nie tęsknię za morzem. Zmęczyła mnie ta dyspozycyjność, ciągły stan gotowości, a także odpowiedzialność. Za to najbardziej brakuje mi naszego dużego afrykańskiego ogrodu o powierzchni 1000 m2. Niedawno oglądałem go przez satelitę, ale bardzo zarósł. Podejmując decyzję o powrocie do Polski musieliśmy też sprzedać dom, który sam budowałem. To nie była łatwa decyzja – z nieukrywanym smutkiem mówi Pan Franciszek.

Chcieli jednak oddać część swojego życia dla syna, który podczas górskich wędrówek po Kotlinie Kłodzkiej wypatrzył wspaniały poniemiecki dom na dusznickim wzgórzu. Ponownie spakowali więc swój cały dobytek i udali się w kolejną podróż, by od nowa wszystko budować.

Szczęśliwy rybak

Kiedy pytam  Pana Franciszka o marzenia, odpowiada od razu, że miał ich za dużo. Nie udało mu się spełnić wszystkich. Po chwili zadumy opowiada mi przypowieść o przedsiębiorcy i rybaku.

Pan_Franciszek_w_ulubionym_fotelu Nieopodal małej, biednej wioski, pewien przedsiębiorca przyglądał się rybakowi, który właśnie złowił ogromnego tuńczyka. Gdy rybak zakończył połów i przycumował łódź do brzegu, przedsiębiorca podszedł do niego i gratulując wspaniałego okazu spytał, jak długo trzeba czasu, by złowić taką rybę?
– Kilka godzin, nie więcej – odpowiedział rybak.
– Dlaczego nie zostajesz na łodzi dłużej, by złapać kilka ryb? – zdziwił się przedsiębiorca.
– Ta jedna wystarczy, by rodzina przeżyła do następnego dnia – odpowiedział.
– A co robisz z resztą dnia? – pytał biznesmen.
– Zwykle śpię do południa, potem udaję się na kilkugodzinny połów, potem bawię się z dziećmi, potem z żoną przesiadujemy przy posiłku na ganku, a gdy nadejdzie wieczór idę do wsi napić się wina, a czasem pograć z przyjaciółmi na gitarze. I w taki sposób przez cały dzień cieszę się życiem – wyjaśnił rybak.
– Jestem biznesmenem – powiedział przedsiębiorca. – Pomogę ci, bo wszystko robisz nie tak. Musisz ryby łowić przez cały dzień, a następnie kupić sobie wielką łódź.
– I co potem? – zapytał rybak.
– Wtedy złowisz więcej i będziesz w stanie zatrudnić pomocników, kupić sobie kilka łodzi, a nawet kutry, a pewnego dnia będziesz miał całą flotyllę.
– A potem?
– Potem, zamiast sprzedaży pośrednikom, przyniesiecie ryby bezpośrednio do fabryki i zwiększycie zyski. W końcu, otworzycie własną fabrykę.
– A potem?
– Po opuszczeniu tej zapomnianej przez Pana Boga wioski przeprowadzisz się do miasta i otworzysz w nim duże biuro i będziesz w nim dyrektorem.
– Ile to zajmie czasu?
– 15-20 lat.
– I co wtedy?
– I wtedy – zaśmiał się przedsiębiorca – nadejdzie czas najbardziej przyjemny. Będziesz mógł sprzedać swoją firmę za miliony i stać się bardzo bogaty.
– A potem?
– Wtedy wyniesiesz się z miasta, przeprowadzisz do jakieś małej wioski na wybrzeżu. I będziesz sypiał do południa, trochę wędkował, bawił się z dziećmi, sjestował z żoną, chodził do miasteczka na spacer, pił wieczorami wino i grał z przyjaciółmi na gitarze…

Ta historia trafnie oddaje stan ducha Pana Franciszka. Zatoczył koło. Ciężko pracował, aby znaleźć się w punkcie wyjścia z tą jednak różnicą, że przybyło mu lat, a ubyło zdrowia. Zadaje sobie pytanie – czy było warto? Odpowiedzi szuka w medytacji, do czego zaprowadziła go fascynacja filozofią zen, stanowiąca nurt buddyzmu. Stara się nie przebywać myślą ani w przeszłości, ani w przyszłości, tylko „tu i teraz”. Nie jest bowiem istotne czy rybak złowi rybę, ważne jest samo to, że łowi, a towarzyszy mu spokój i oczekiwanie.

Afrykański uśmiech

Pan Franciszek z żoną rozgościli się na dobre w Dusznikach-Zdroju. W pieczołowicie odremontowanym domu (tym wypatrzonym przez syna) urządzili w części pensjonat. Kiedy drzwi od „afrykańskiego” pokoju są uchylone, goście przyglądają się z ciekawością oryginalnym przedmiotom, a zwłaszcza położonej na parkiecie egzotycznej skórze z zebry. Gospodarze nie ukrywają, że kochają zwierzęta i nie preferują ich zabijania dla pamiątek. Był to jednak dar od przyjaciół, kiedy żegnali się z RPA.

Państwo Franciszek i Elżbieta Kania razem od 52 lat, fot. Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Państwo Franciszek i Elżbieta Kania razem od 52 lat, fot. Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Mocno polubili ten dom, któremu nadali wyjątkowy klimat. Nazwę pensjonatu zaczerpnęli od starych modrzewi rosnących w ogrodzie. Teren jest królestwem Pani Elżbiety, która niestrudzenie pielęgnuje tam róże, krzewy i inne kwiaty, co zachwyca również pensjonariuszy. Dom jest otwarty na gości z psami, ponieważ właściciele też mają swoją ukochaną Evitę. Przez lata zżyli się z sąsiadami i znaleźli tu od dawna upragniony spokój. Niedawno spełniło się ich kolejne marzenie, bo syn na stałe przeprowadził się do Dusznik-Zdroju. Dopiero teraz czują się naprawdę szczęśliwi.

Jest jednak rzecz, której im najbardziej brakuje i za którą oboje bardzo tęsknią – zwykłym uśmiechem. Niestrudzenie wypatrują go u ludzi, wspominając czar tego prostego gestu wśród mieszkańców Czarnego Lądu. Może jednak to marzenie uda się spełnić? Uśmiech duszniczan mógłby sprawić, że fala wyjątkowego ciepła rozgrzeje ich serca o wiele mocniej niż słońce Afryki.

– Oby zawsze towarzyszył on naszym rodakom, bez względu na okoliczności. I jeszcze jedno – doceniajmy to, co mamy – zgodnie podkreślają Państwo Elżbieta i Franciszek Kania.

Elżbieta Sandecka-Pultowicz
zdjęcia pochodzą z prywatnego archiwum Państwa Kaniów

P.S. Jeśli podróż po oceanie wspomnień Państwa Kaniów była dla was interesująca, proszę tylko o jedno – podarujcie im uśmiech – to będzie nasze podziękowanie.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i publikacja tekstu oraz zdjęć bez zgody autora zabronione.

Obejrzyj GALERIĘ ZDJĘĆ:

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz