„Ja nie mam co na siebie włożyć…”

0

…śpiewała przed laty Zula Pogorzelska. Tej zimy wyjątkowo często powtarzam te słowa i zaręczam, że nie wynika to z ubogo wyposażonej mojej szafy ubraniowej. Ja nie mam już gdzie na siebie włożyć.

Początek zimy był piękny. Taka chłodniejsza jesień, ale czułam w kościach, że ta biała dama musi wreszcie kiedyś przyjść. Nikt nie spodziewał się jednak, że wkroczy z takim impetem! Luty jest dla mnie najwredniejszym miesiącem. Zawsze przymrozi i da w kość. W tym roku stare przysłowia sprawdziły się, co do joty.

Pierwsze spadki temperatur powodowały, że liczba warstw mojej zimowej powłoki stale rosła. Już przy -15 st. C wyczerpałam limit tego, co mogę na siebie wcisnąć. Pytałam samą siebie, a co będzie przy -20 st. C, jeżeli już teraz noszę trzy swetry, rajtuzy pod spodniami i podwójne rękawiczki? Aura sprawiła, że mogłam to szybko sprawdzić.

Muszę przy tym dodać, że nie poruszam się samochodem, a tylko komunikacją miejską. To ważne, bo „samochodziarze” żyją w innym wymiarze. Słyszałam już nonszalanckie sformułowania w ich wykonaniu: „Zima ma swoje prawa. Trzeba się odpowiednio ubierać.” A jeśli do cholery nie można już dopiąć płaszcza? Uznałam bardzo szybko, że dyskusja z posiadaczami czterech własnych kółek nie ma najmniejszego sensu. Wiem natomiast z pewnością, że stanie na przystanku w oczekiwaniu na spóźniający się autobus przy -23 st. C jest nie do zniesienia. Czuć to od koniuszków palców, po łzy, które ciekną z bólu.

Zauważyłam, że w tych niesprzyjających warunkach pogodowych zrobiłam się wyjątkowo punktualna. Ubrana po zęby czekałam co do minuty na wystartowanie z domu na przystanek. Mało tego! Zaczęłam znacznie szybciej chodzić. Kilkakrotnie dobrowolnie zrezygnowałam z jazdy autobusem na rzecz zimowego spaceru. To dużo lepsze rozwiązanie od przytupywania na przystanku. Przynajmniej było mi ciepło.

Zastanawiam się, co będzie jak się zestarzeję? Oczywiście młódką to ja już nie jestem, a z czasem odporność i krążenie mocno spada. Myślę, że do tego czasu wymyślą ogrzewaną odzież. Może na akumulator? Póki co muszę pokonać lęk przed jazdą samochodem i odkurzyć 13-letnie prawo jazdy. Zrobiłam je z premedytacją, wyłącznie po to, aby w ankietach o pracę wstawiać krzyżyk w rubryce „prawo jazdy”. Niestety, taka prawda. Tymczasem w te mroźne dni nasze auto stało cieplutko w garażu i czekało na swojego kierowcę. Może jednak już w przyszłym roku, ubrana w stylowy płaszczyk, rzucę komuś w zimowy poranek: „Piękna zima, nieprawdaż?” i trzasnę drzwiami od samochodu.

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz