Lot życia

1

Ile osób zmieni swoje życie po ogromnym stresie związanym z awaryjnym lądowaniem boeninga 767 na trasie Nowy Jork – Warszawa? Wszyscy pasażerowie tego rejsu otrzymali nową kartę. Nomen omen w dniu, kiedy nasze myśli są tylko przy zmarłych.

Ktoś lub coś uchroniło 231 pasażerów tego feralnego lotu. Myślę sobie, że zmarli stanowczo powiedzieli „nie”. Nie w takim dniu. Nie w takich okolicznościach. Przecież mamy jeszcze w pamięci obrazy z tragicznego lotu i katastrofy pod Smoleńskiem. Jesteśmy bardzo wyczuleni na ten temat. Może właśnie tragedia z udziałem najważniejszych osób w naszym państwie uratowała ludzi wczorajszego lotu? Było dużo czasu na wyciągnięcie wniosków. Na zmobilizowanie, podjęcie skutecznych działań i decyzyjności, jakiej nie zabrakło tym razem. Chcę wierzyć, że to wynik doświadczeń po smoleńskiej tragedii, a nie wynik przypadku, czy szczęścia.

W tym roku nie mogliśmy pojechać na rodzinne groby. Ze względu na stan zdrowia córki, musieliśmy wykluczyć dalekie podróże. Było mi smutno. W lutym tego roku zmarła moja mama i w tak ważnym dniu nie mogłam jej odwiedzić. Do tej pory unikaliśmy wyjazdów na 1 listopada. Mam jakiś niewytłumaczalny opór przed jazdą samochodem w tym dniu. Zawsze odwiedzaliśmy jakiś warszawski cmentarz i zapalaliśmy znicze na opuszczonych grobach. Tym razem jednak chciałam pokonać obawy i spotkać się z mamą. Niestety, zdrowie Karoliny było ważniejsze. Poszliśmy więc tradycyjnie na Cmentarz Bródnowski. Snując się alejkami wśród obcych grobów, nieznanych ludzi, odczytywaliśmy z tablic ludzkie tragedie. Nagle usłyszałam sygnał wiadomości przesłanej na telefon komórkowy. Na załączonym przez moją przyjaciółkę Edit zdjęciu, po raz pierwszy ujrzałam grób mamy. Piękny, ale z drugiej strony taki niechciany. Łzy popłynęły same. Tłamszony ból znalazł ujście. „Chodzimy pośród obcych grobów, gdy ten najukochańszy jest tak daleko” – pomyślałam.

Otrzymałam słowa otuchy od mojej przyjaciółki i byłam jej ogromnie wdzięczna. Dzięki niej mogłam, choć na chwilę przenieść się bliżej mamy. Poczułam ulgę. Jeszcze nie wiedziałam, że Edit czekają tego dnia większe emocje związane z jej mamą.

Po powrocie do domu włączyliśmy telewizor. Byliśmy zszokowani. Przypomnieliśmy sobie dwukrotny niski przelot ogromnego samolotu nad cmentarzem. Kiedy pochylaliśmy się nad losem zmarłych, nad naszymi głowami rozgrywała się walka o życie. Na bieżąco śledziliśmy w telewizji przebieg wydarzeń z lotu boeninga 767. Zadzwonił mój telefon. To była Edit. Jej mama była na pokładzie tego samolotu. Wracała po kilkumiesięcznym pobycie u swojej drugiej córki w Stanach Zjednoczonych. Moja przyjaciółka opowiadała o swoich przeżyciach – jak to jest patrzeć, niemal na żywo, na lot śmierci lub życia. Pani Mama – jak lubiłyśmy się zwracać do naszych mam – jest już w domu cała i zdrowa. Mam wrażenie,że nie tylko ona otrzymała drugie życie…

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

1 komentarz

Dodaj komentarz