Makowa sukienka

0

Znacie to uczucie, kiedy zobaczycie upragnioną rzecz, ale nie możecie jej kupić? Mnie wymarzyła się kiedyś sukienka w polne kwiaty. I pewnego dnia ujrzałam ją w sklepowej witrynie. Ogarnęła mnie fala euforii, a zaraz potem, po analizie finansów – rozpaczy. Los sprawił jednak, że na mojej łące zakwitły polne maki. Ale po kolei…

Może widziałam kiedyś podobną sukienkę i wbiła się mocno w moją podświadomość? Tego już teraz nie wiem. Faktem jest, że wymarzyłam sobie taką skromną sukienkę. Jasną, rozkloszowaną, usianą na dole w polne kwiaty. Podobne jak na tym zaproszeniu ślubnym mojej kuzynki poniżej: w maki, stokrotki, chabry i len.

Przez długi czas w sklepach odzieżowych nie natknęłam się na taką. Aż pewnego dnia mijając sklep w centrum handlowym, stanęłam jak wryta. Może nie była idealna, jak ze snów, ale i tak była piękna. Ogarnęła mnie fala szczęścia.

– Boże! Właśnie na taką czekałam! – krzyknęłam w towarzystwie mojego zaskoczonego męża.

Jak szybko się zachwyciłam, tak szybko – po szybkiej analizie domowych finansów – straciłam nadzieję.

– Poczekajmy do końca miesiąca – rozsądnie zaproponował mój mąż.

Do końca miesiąca!? – spanikowałam. A jak jej już nie będzie? – pomyślałam. Od szaleństwa powstrzymały mnie jedynie resztki wiedzy, jaką nabyłam podczas studiów ekonomicznych. Moje serce było jednak rozdarte.

Głupio mi było przyznać się przed najbliższymi, że poczułam się jak mała rozkapryszona dziewczynka, której ktoś nie chce dać cukierka, choć trzyma go w ręku. Do końca tego dnia nie mogłam ogarnąć myśli. Najpierw byłam zła na męża (dopiero teraz się o tym dowie, sorry…), potem na siebie: że za mało zarabiam, że źle wybrałam zawód, że nie mogę spełniać marzeń, a potem… poszło na cały świat. Czułam się fatalnie. Do momentu, kiedy przyszedł czas na prysznic. Dosłownie i w przenośni.

Nie wiem czy też tak macie, ale zdarza mi się płakać pod prysznicem. Nie słychać szlochu, nie widać łez, które skutecznie maskuje strumień wody. Idealne warunki do zdołowania się i wylania emocji. Tak było też wtedy. Na szczęście po chwili przyszło otrzeźwienie, choć nie obniżałam temperatury wody.

– Czy to jest w moim życiu najważniejsze? – pomyślałam rzeczowo. – Czy to ma burzyć moje życie? – szłam dalej. – Czy ta sukienka da mi szczęście? – pytałam, dokładnie znając odpowiedź: nie!

– Jestem już duża? – zapytałam siebie po raz kolejny. – Czy są ważniejsze wydatki? Jestem w stanie żyć bez sukienki w kwiatki? – tym razem z uśmiechem odpowiadałam: tak!

Przepracowanie tego tematu nie było proste, ale pozwoliło mi poczuć się lekko. Zaliczyć kolejne doświadczenie życiowe i poczuć się silniejszą od swoich popędów. Myślę, że to przychodzi z wiekiem. I to są dobre strony starzenia się.

To był zimny prysznic. Umyta, lekka i oczyszczona wpadłam w wir prac domowych. Następnego dnia napisałam na blogu materiał o cudach dokonywanych przez św. Antoniego (TUTAJ artykuł o św. Antonim). Robiąc zdjęcia do materiału, oczywiście wrzuciłam datek pod obrazem. I nie wiem, czy to on sprawił mi niespodziankę następnego dnia.

– Rozliczyłaś się ze św. Antonim? – zapytał mnie zaraz po pracy mąż.

– Ależ oczywiście – odparłam zdziwiona samym pytaniem.

– To dla Ciebie. Specjalna imienna przesyłka, którą wyciągnąłem ze skrzynki pocztowej – i wręczył mi kartkę.

Wiecie co to było? Zaproszenie z ofertą rabatową w wysokości 30% na zakupy w sklepie, gdzie wypatrzyłam moją sukienkę! Nie mogłam uwierzyć. Jak już uporałam się z falą goryczy i dramatycznych myśli, ktoś sprawia mi taką niespodziankę? Nieprawdopodobne – pomyślałam. A jednak marzenia się spełniają…

Sukienka czeka już w szafie (przy okazji spodnie i bluzka, tak jakoś wyszło…). Chyba coś musiało w tym być, bo jak wybierałam w grudniu kalendarz na ten rok najbardziej spodobał mi się w polne maki. Zapomniałam o tym, dopóki nie skojarzyłam obu faktów.

Jak tylko mocniej zaświeci słońce, rozsieję wokół siebie fałdy sukienki w polne maki, niemal jak bajkowa postać z mojego dzieciństwa „Makowa panienka”. Będzie to już raczej „Makowa kobieta”, w duszy której kwitną od czasu do czasu polne kwiatki.

P.S. Życząc Wam takich rozkwitów duszy, nie tylko z powodu sukienki, dziękuję świętemu Antoniemu, który doskonale rozumie słabości ludzkie.

I rozsiewam maki w Warszawie…

Do makowej sukienki i kalendarza doszedł jeszcze przepiękny lniany obrus w maki oraz bukiet lnu, zakupiony w malutkim i pełnym uroku Chełmsku Śląskim, do którego niebawem zaproszę na blogu…

 

Zdjęcie sukienki ze strony www.orsay.com

Zdjęcie na Starówce: Karolina Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz