Na pierwszy ogień

0

Tutaj potrzebne są stalowe nerwy, opanowanie i kompetencje. Te właśnie cechy zostały zauważone i docenione u Pani Małgorzaty Kacperek, która od sześciu lat pracuje w Punkcie Obsługi Interesanta Komendy Stołecznej Policji. Jednak najmilej widzianymi „petentami” są dla niej Antoś i Rysiek.

Uśmiech, dobra prezencja, uprzejmość – są niezbędne w kontaktach z petentem. Już dawno zdano sobie sprawę z tego, że obsługa klientów prowadzona na wysokim poziomie bezpośrednio wpływa na wizerunek i ocenę całej instytucji. O ile pracownicy punktów obsługi nie mogą okazywać emocji, o tyle klienci dzielą się nimi bez skrępowania.

Przychodzą z różnymi sprawami – mówi Pani Małgosia. Chcą zgłosić przestępstwo, zagubienie dokumentów, złożyć pismo lub zwyczajnie porozmawiać. Bardzo często są zdenerwowani, kłócą się, a nawet krzyczą. Naszą rolą jest pomoc i udzielenie wszystkich niezbędnych informacji. Człowiek jest jednak tylko człowiekiem i nieraz bardzo trudno zapanować nad emocjami.

Sala napięć, pokój łez

Wywołuje to szereg napięć, przy czym urzędnik nie może eksponować swoich uczuć na zewnątrz. Nagromadzone muszą jednak znaleźć swoje ujście. Widać to na zapleczu, gdzie łapie się niezbędny oddech, nabiera dystansu, a niejednokrotnie ociera łzę.

Bardzo często ludzie potrzebują jedynie tego, aby ich wysłuchać. Nie brakuje osób z różnymi zaburzeniami psychiki. Zdarzyło mi się prosić o pomoc policyjną załogę. Kilkakrotnie agresywna osoba została zabrana przez Pogotowie Ratunkowe. Takie sytuacje nie należą do najprzyjemniejszych, ale niestety są nieuniknione.

Kierownicy komórek organizacyjnych Komendy Stołecznej Policji byliby zaskoczeni ilością spraw, które udaje się załatwić w zarodku, dzięki profesjonalnej pracy Punktu Obsługi Interesanta. Dlatego jego rola jest tak ważna dla sprawnego funkcjonowania instytucji.

Trzyosobowy tandem

W Punkcie Obsługi Interesanta poza Panią Małgosią pracują Panie Magdalena Mickiewicz i Mariola Wycech. Dyżur pełnią we dwójkę, w godzinach 5.00-15.00 i 9.00-17.00. Trzecia osoba obsługuje w tym dniu monitoring. Wszystkie pracują ze sobą od dawna, a co najważniejsze znają swoje reakcje. Wiedzą jak się wspierać i wzajemnie pomagać. Doskonale się uzupełniają. Każdy dzień niesie ze sobą niespodzianki, ponieważ każdy petent jest inny. Wymarzony według wszystkich pań – to miły, rzeczowy i przyjemny człowiek. Rzeczywistość jest jednak nieco inna…

Ile razy nam grożono! – wspomina Pani Małgosia. Pomysły ludzi na negocjacje są niewyczerpane. Lubię sytuacje, kiedy uda się wszystko obrócić w żart. O ile łatwiej wtedy załatwić każdą sprawę. Podejrzewam, że wyróżnienie, które niedawno otrzymałam jest m.in. za sprawą pewnego petenta. Często tutaj przychodzi. Zawsze z plikiem dokumentów, różnych wniosków, załączników. Widząc go już na „dzień dobry” podaję mu zszywacz, wyraźnie kwituję wszystkie kwitki we wskazanych miejscach. Skarży się niemal na wszystko, ale widać są wyjątki…

Dziewczyna z Pragi

Pani Małgosia uważa, że tylko robi swoje i jest zaskoczona wyróżnieniem. Ryngraf z podziękowaniami od Komendanta Stołecznego Policji wisi dumnie przy jej stanowisku pracy. Nigdy o to nie zabiegała. A w pracy… jak to w życiu były wzloty i upadki. Trzeba ogromnej siły ducha, aby się z nich podnieść i iść z podniesionym czołem dalej.

Do Policji wstąpiła 1 czerwca 1982 r. Nosiła mundur przez 22 lata. Odeszła ze służby w stopniu sierżanta sztabowego. Do 1995 r. pracowała w komendzie stołecznej, do 2000 r. w Komisariacie Rzecznym, do 2002 w Wydziale Patrolowo-Interwencyjnym, do 2004 r. w Oddziałach Prewencji.

Wspominając swoje początki podkreśla, jak inne były to czasy. Kobiet było niewiele. Zajmowały najniższe stanowiska, maszynistek i sekretarek, a praca nie trwała przepisowych 8 godzin. Były sytuacje, gdy trzeba było włożyć mundur. Była prażanką z urodzenia i być może dlatego dawała sobie radę w swoim rejonie obejmującym m.in. Plac Hallera, Bazar Różyckiego, Brzeską i Dworzec Wileński.

Obowiązywała zasada, że nie kradnie się na swoim podwórku, bo to nie jest miejsce do „rządzenia”. Nie bałam się, bo byłam u siebie, ale nieraz musiałam rzucić mięsem. Inaczej nie dało się rozmawiać.

Antoś, Rysiek i Ziutek

To największe miłości Pani Małgosi, która niechętnie mówi o sobie, za to nieprzerwanie opowiada o swoich dwóch kotach i szynszyli.

Kocur Antek jest zwinny, wesoły, aktywny. Ma swój specjalny stołek i poduszeczkę. Zawsze asystuje podczas gotowania, a że to kolejna pasja Pani Małgosi, spędzają ze sobą w kuchni mnóstwo czasu. Antoś domaga się podtrzymywania konwersacji, co akceptuje charakterystycznym skrzeczeniem, bo on nie miauczy.

Kocur Rysiek to zupełnie inny temperament. Nie je – on spożywa, nie chodzi – stąpa. Ma królewskie maniery.

Ziutek to szynszyla samczyk. Niestety możemy już mówić o nim tylko w czasie przeszłym. Niedawno doznał nieszczęśliwego wypadku. Jego łapka ugrzęzła w drewnianej konstrukcji domku. Nosił gips przez trzy tygodnie. To dla szynszyli poważny problem, bo słyną z tego, że są bardzo skoczne. Kilka dni później, pewnej wietrznej nocy listopadowej po raz ostatni zakwilił na rękach zrozpaczonej Sary – córki Pani Małgosi. Trzeba zrozumieć, że odejście każdego zwierzaka jest dla ich właścicieli ogromnym przeżyciem, podobnym do utraty członków najbliższej rodziny.

Opiekowanie się i rozpieszczanie swoich pupili jest dla Pani Małgosi najlepszą terapią po ciężkim dniu pracy.

Jak wracam do domu i widzę cztery kocie ślepia wpatrzone we mnie, to serce mi mięknie. Uwielbiam jak się popisują i jeden przez drugiego próbują zwrócić na siebie uwagę.

Przyznaje, że gdyby nie ograniczenia finansowe i lokalowe założyłaby schronisko. Kocha wszystkie zwierzęta. Od małego opiekowała się różnymi stworzeniami, w tym szczurem, chomikami, ptaszkami i cielakiem. Kiedyś przyciągnęła do domu rodziców owczarka podhalańskiego. Oczywiście został. Jak była młodsza pies „Ara” pilnował jej i nawet przy otwartej furtce nie pozwolił wyjść na zewnątrz. Zwierzęta od zawsze były przy niej i tak pozostało do dziś.

Ćwieki, skóra i motocykle

Wychowywana wraz z siostrą przez mamę była zmuszona szybko podjąć pracę. Zresztą już w szkole średniej biegła po lekcjach pomóc mamie w sklepie przy ul. Karmelickiej. Ojciec był policjantem, ale nigdy nie miała z nim dobrego kontaktu. Być może po nim odziedziczyła fascynację niebieskim mundurem. Trudno się dziwić, że szybko trafiła do Policji.

Jej pierwsza próba małżeńska nie powiodła się. Znalazła jednak swojego partnera na śmierć i życie. Oboje są pasjonatami motoryzacji. Nie mają swojego motocykla, ale to nie przeszkadza im udzielać się w klubie pasjonatów od pięciu lat. Uwielbiają jednoślady, a także modę motocyklową. W szafie wiszą skórzane kurtki i czekają na swoją wielką podróż.

Może dlatego Pani Małgosia z wyrozumiałością przyjmuje, że jej córka Sara jest gotką, tj. pasjonatką subkultury gotyckiej. Jako uczennica Technikum Obsługi Turystycznej jest otwarta na świat. Ostatnio z zaciętością samodzielnie uczy się japońskiego i poznaje kulturę tego kraju. Pasjonuje się fotografią, zgromadziła ciekawą kolekcję zdjęć widoku z domowego okna o różnych porach roku i dnia.

Syn Grzegorz ma zmysł techniczny, od małego uwielbiał majsterkować. W sierpniu podejmie jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu – powie sakramentalne „tak”. Dla Pani Małgosi będzie to na pewno wielkie wydarzenie.

Honorowy Dawca

Przyznaje, że jest pamiętliwa, ale nie mściwa. Jest zodiakalnym Lwem, bardzo sentymentalnym. Gromadzi figurki kotów i słoni, posiada również pokaźną kolekcję… czarownic.

W wolnych chwilach uwielbia rozwiązywać krzyżówki. Spośród wielu wygranych książek, płyt, sprzętu muzycznego najbardziej ceni sobie srebrny zegarek, który nosi na ręku. Zawsze ma również przy sobie inny piękny przedmiot, który trudno dziś spotkać – papierośnicę. Świadoma zagrożeń często do niej sięga, sprawiając sobie przy tym chwile przyjemności już od 32 lat. I akurat tego nie zamierza zmieniać.

Nie boi się mówić o śmierci. Jest świadoma nieuchronności losu, ale robiła wszystko żeby ratować swoją córkę, której nieświadomie podała mleko w proszku, jak się później okazało skażone bakterią coli. To najgorsze wspomnienie. Nie było jej również łatwo pogodzić się z chorobą matki, dla której po raz pierwszy oddała swoją krew. Współpracownicy nie pozostali bezczynni, do punktu krwiodawstwa zgłosiło się wówczas 100 policjantów.

– Widząc tylu ludzi, gotowych ratować obcego człowieka, byłam wzruszona. Od tamtej pory oddaję krew systematycznie. Licząc od 1995 r. oddałam już 20 litrów tej bezcennej substancji. Posiadam grupę 0 Rh+, zresztą jak moja cała rodzina – mówi Pani Małgosia.

Jej największym marzeniem jest wspólna podróż z mężem motocyklem po Polsce. Pragnie ponadto wydać szczęśliwie syna i córkę, a potem zostać kochaną babcią.

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz