Pomoc polsko-polska

0

Zanim wyjechałam na zagraniczne wakacje, przestrzegano mnie przed… Polakami. Moje obawy nie miały wzbudzać inne nacje, ale właśnie ziomkowie znad Wisły, przechodzący za granicą prawdziwą metamorfozę. Zamieniający się w hałaśliwych, problematycznych i niezwykle wymagających (szczególnie wobec obsługi) gburów. Na szczęście nic nie potwierdziło się z tych ostrzeżeń, a z Polakami w naszym hotelu zawiązaliśmy prawdziwy sojusz.

Teren hotelu Mareblue Village

Czy rzeczywiście jesteśmy – jako Polacy – tak obciachowi za granicą? Czy zawadiackim zachowaniem i pychą próbujemy ukryć nasze kompleksy? A może tylko za granicą czujemy się prawdziwie wolni i wyluzowani? Dlaczego to, co tolerujemy w kraju, gorszy nas poza Polską? Dlaczego na siłę chcemy być tacy światowi, zamiast być po prostu sobą? Pytań wiele, odpowiedzi zapewne jeszcze więcej.

Wiem, że wiele zależy od nastawienia, oczywiście tylko pozytywnego, technik unikania w skrajnych przypadkach i, jak zawsze, szczęścia. Takie dopisało nam właśnie podczas tegorocznych wakacji w słonecznej Grecji. Mieszkaliśmy na Krecie w hotelu Mareblue Village. Poznaliśmy wspaniałe małżeństwo z Konina, dla którego nie była to pierwsza zagraniczna podróż. Miło było spotkać się wspólnie na niezobowiązującej kawie przy basenie. Możliwość swobodnego mówienia w języku ojczystym, dyskutowania np. o pogodzie, dawała swoistego rodzaju poczucie bezpieczeństwa.

Praktykantki z Polski, w środku córka Karolina

Okazało się, że w hotelu są jeszcze cztery młode Polki, odbywające praktyki zawodowe. Wszystkie są mieszkankami mojego rodzimego Dolnego Śląska, czym zyskały sympatię już na wstępie. Przy bliższym poznaniu było jeszcze lepiej. Zaradne, inteligentne, odważne i pracowite. Dla nich wizja wyjazdu na 5-miesięczną praktykę na Kretę była wręcz wymarzona. Na miejscu nie było tak różowo. W pierwszy dzień po przylocie do Heraklionu było już zbyt późno, aby dostać się czymkolwiek do Hersonissos, a rzekoma „opiekunka” praktykantek rozłożyła bezradnie ręce. Ich gorączkowe rozmowy usłyszał przypadkiem Polak mieszkający w Grecji, podał im adres taniego hotelu i tak zakończyła się dla nich pierwsza, „gorąca” noc na Krecie.

Dotarły na miejsce następnego dnia, oczywiście nikt nie pokrył im kosztów niespodziewanego noclegu. Otrzymały skromny pokój, zakaz korzystania z czegokolwiek np. zjeżdżalni basenowych, nawet, jeśli miały wolny dzień. Szybko dało się też odczuć skutki kryzysu greckiego. Minął pierwszy miesiąc, a one nie otrzymały pensji. Własne oszczędności też szybko stopniały, tym bardziej, że nie miały prawa jeść nawet tego

Widok z hotelu na Morze Śródziemne

, czego nie zjedli turyści. W służbowym, skromnym menu nie było owoców, ani słodyczy. Przysługiwał jeden talerz strawy na śniadanie, obiad i kolację o godz. 22.00. Nie sprawdziły się również obietnice o rotacyjnej zamianie stanowisk. Jedna z dziewczyn pracowała za barem usytuowanym przy basenie, druga jako pomoc kuchenna, a dwie pozostałe przy sprzątaniu pokoi. Zwyczajowo przyjęło się zostawianie drobnych napiwków dla obsługi za zmianę ręczników i pościeli. Jednak dziewczyny mogły wchodzić do hotelowych pokoi  po wcześniejszej „inspekcji” Greczynek. W wiadomym celu.

Jako pierwsi losem naszych młodych Polek zainteresowali się mieszkańcy Konina. Rozpoczęli dyskretną pomoc żywnościową dla dziewczyn. Z czasem również przystąpiliśmy do misji, szukając jednocześnie następców. W hotelu były jeszcze dwie bardzo młode polskie pary, ale uznaliśmy, że nie znajdą zrozumienia dla sytuacji. Na trzy dni przed wyjazdem, podczas spotkania z rezydentką, poznaliśmy miłe małżeństwo. Chętnie dzieliliśmy się swoimi doświadczeniami z podróży po Krecie.

Widok na Chersonissos

Widok na Chersonissos

Najciekawszy dialog dotyczył jednak miejsca zamieszkania.

Przepraszam – zapytał pewnego popołudnia mój mąż – a Państwo są z… ?
Warszawy – zgodnie stwierdzili nasi nowo poznani Polacy.
Ach, my również z Warszawy. A z jakiej dzielnicy?
Targówka – odpowiedzieli uprzejmie.
Niemożliwe! My również z Targówka – odrzekł mój mąż. Nie trzeba było pytać dalej, bo wszyscy chcieliśmy już dokładnie określić miejsce.
Mieszkamy na osiedlu „Zielone Zacisze” – oświadczył mój mąż.
My również – odpowiedzieli już rozbawieni Polacy.
Od strony stadniny koni?
– Ależ tak!

Jeden z hotelowych basenów

Okazało się, że mieszkamy w sąsiednich klatkach. Jaki ten świat mały. Nie mieliśmy okazji poznać się na osiedlu, to dlaczego nie na Krecie? Wiedzieliśmy już, że znaleźliśmy godnych następców naszej misji. Ciekawa jestem czy nadal jest kontynuowana. Jedno jest pewne – Polacy są w stanie zjednoczyć się we wspólnej sprawie, wykazać zrozumienie i okazać swoją pomoc. Ciągle uczymy się świata, ale jesteśmy na dobrej drodze. A jednak podróże kształcą!

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

PS. Serdecznie pozdrawiamy przesympatyczne dziewczyny Martę, Paulinę, Magdę i Monikę, które kilka tygodni później napisały:

W rzeczywistości nie jest już nam tak źle! Przyzwyczaiłyśmy się do tych warunków i nauczyłyśmy się  radzić sobie ze wszystkim 🙂 Z perspektywy czasu widzimy, że nie warto narzekać na to, co się ma, bo zawsze może być gorzej 😉 Pobyt tutaj, to najlepsze co nas spotkało i nigdy nie będziemy tego żałować 🙂

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz