Trzy „zdrowaśki” w komunikacji miejskiej

0

Bogate menu zapachów kulinarnych, papierosianych, a także (niestety) intymnych pośrednio oferuje miejska komunikacja w Warszawie. Szkoda tylko, że nie wszyscy chcą z niego skorzystać, a muszą. Liczne remonty w stolicy i zmiany w organizacji ruchu powodują, że to dosłownie i w przenośni jazda bez trzymanki.

Korki w Warszawie były, są i chyba będą zawsze. Takie uroki metropolii, nawet jeżeli ktoś uważa, że miasto nie zasługuje na to miano. Budowa nowej linii metra, liczne remonty i budowy dróg wymusiły ogromne zmiany w komunikacji miejskiej w prawobrzeżnej części miasta. Krótko mówiąc, jadący na słynną Pragę i dalej, przechodzą codzienny obóz, a raczej przejazd przetrwania.

Autobusy i tramwaje przeżywają prawdziwe oblężenie. Każde wejście do środka komunikacji miejskiej, to „być albo nie być”, „wejść albo nie wejść”. Najgorsze jest uczucie, kiedy nie można się już wbić do środka, bo ludzie wręcz wylewają się z auta, zwłaszcza zimą. Kiedy przyjeżdża wyczekany, następny autobus, walka jest jeszcze bardziej ostra. To dopiero początek atrakcji.

Jak już człowiek cudem wciśnie się do środka, od razu czuje, gdzie ma kości swoje i pobliskich pasażerów. Płynąc, bo oczywiście nie ma się czego złapać, nie wiadomo, w którą stronę skierować wzrok. Do wyboru są plecy, gąszcz włosów lub czyjaś twarz. Nawet nie można zerkać na czubki butów. Najbezpieczniej patrzeć w sufit. W tej pozie już tylko prosić o łaskę… i wyłączenie upiornej klimatyzacji. Po chwili zaczyna toczyć się krępująca strużka po całym ciele, jak długie. Zaraz na myśl przychodzi też z pomocą literatura piękna. W myślach zaczynają krążyć wersy z „Anielki” Prusa, gdzie o życiu decydowały trzy zdrowaśki w piecu. Tyle, że w czasie podróży autobusem można zmówić cały różaniec plus litanię, nawet loretańską.

Gdzie się człowiek nie obróci, gdyby oczywiście mógł, czuje różne wonie. Tam placki ziemniaczane, tam bigosik lub gyrosik. Jest również smużka po dymku z papierosa, niestrawione resztki alkoholu wątpliwej jakości i jeszcze parę innych możliwości. Prawdziwe szczęście trafić na bywalca Sephory, skropionego perfumami. W tym bogactwie zapachów każde otwarcie drzwi na przystanku powoduje, że pasażerowie robią łyk karpia. W końcu niedługo święta, a świeżego powietrza jak na lekarstwo.

Po opuszczeniu środka komunikacji miejskiej uwierzcie, każdy czuje się bohaterem – że wytrzymał i że przeżył. Jeśli była to poranna podróż do pracy, zabawa dopiero się zaczyna. Po wyczerpującym powrocie do domu, człowiek czuje się jak górnik w kopalni, który przekopał długi szyb. Jak miło pomyśleć, że jutro wszystko zacznie się od nowa.

Dzielna pasażerka komunikacji miejskiej – Elżbieta Sandecka-Pultowicz.

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz