Herbata po francusku

0

Herbata przyjechała do mnie prosto z Wersalu. Dwa małe opakowania z insygniami i wizerunkiem królowej Francji Marii Antoniny wraz z małym słoikiem konfitury z maków polnych na odległość „pachniały” Francją. Były tak delikatne i wyjątkowe, że nie śmiałam ich otworzyć. Ten podarunek czekał na otwarcie długo. Zbyt długo.

Niknący zapach herbaty

Jeśli coś ma dla mnie wyjątkową wartość, długo napawam się jego widokiem. Nawet jeśli są to produkty spożywcze, smakołyki czy napoje. Czekam na nie wiadomo jaką okazję. Też tak macie? A przecież dobra okazja do celebrowania, smakowania, cieszenia się z drobiazgów jest każdego dnia, bez względu na datę w kalendarzu.

Wielokrotnie przekonałam się, że takie czekanie na „świąteczny” dzień wcale nie poprawia smaku tych produktów, a wręcz przeciwnie. Oczekiwania są tak wielkie, że rzeczywistość nie zawsze może im sprostać.

Wprawdzie zbyt długo trzymałam herbatę, ale na szczęście herbata utrzymała trwałość i jakość. Małe pudełka z wizerunkiem Marii Antoniny skrywały wewnątrz zwykłe torebki czarnej herbaty. Dla mnie urosły one jednak do prawdziwej świętości ze względu na miejsce, z którego przyjechały. I sprawdziła się też stara zasada, że bez względu na zawartość, największe wrażenie robi opakowanie.

Kokliko

Jeszcze więcej zachwytów sprawił mi mały słoiczek z konfiturą. Byłam bardzo ciekawa z czego została zrobiona. Słodko brzmiąca nazwa coquelicot (czyta się równie rozkosznie: ko-kli-ko) to płatki maków polnych, z których powstał ten smaczny rarytas. Kiedyś otrzymałam w prezencie z Francji równie egzotyczną konfiturę zrobioną z… fiołków.

Okazuje się, że konfitury można sporządzić z innych kwiatowych płatków: chabrów, róży, jaśminowca, czarnego bzu, mniszka lekarskiego. Wyobrażacie sobie pić w jesienno-zimowe wieczory herbatę z takimi dodatkami? Już czuję ich zapach i smak…

Ofiara systemu

Długo zastanawiałam się, skąd u mnie taka przypadłość oczekiwania z konsumowaniem smakołyków na „wielkie” okazje. Myślę, że rozwiązanie tkwi w mojej przeszłości i dzieciństwie. 

To były czasy kiedy brakowało słodyczy. Na rynku królowały obrzydliwe produkty czekoladopodobne. Pomarańcze kupowało się raz w roku na święta. Generalnie rynek spożywczy był tak ubogi, że nawet nie chcę wspominać. Nie jestem w stanie tego przetłumaczyć na przykład mojej nastoletniej córce. To kompletnie dla niej niezrozumiałe.

Po tych czasach mam również problem z wyrzucaniem ładnych opakowań, szklanych czy papierowych. Jeżeli kiedyś udało się zdobyć jakiś zagraniczny produkt, zawsze był bardziej pachnący, bardziej kolorowy, doskonale opakowany. Puszki po słodyczach, kawie, kakao przechowywało się przez kilka lat, co było nie tylko praktyczne, ale w szarej codzienności było promykiem nieosiągalnego luksusu z zachodu.

Smakowanie chwili

Do spontanicznego sięgnięcia do herbacianych prezentów z Wersalu zachęcił mnie świetny felieton w „Zwierciadle”, w którym Mateusz Damięcki pisze o „żywym” pudełku z przeszłości. W jego rodzinie zachowała się piękna puszka po herbacie. Mogłaby kurzyć się na regale z pamiątkami, a jest codziennie dotykana i używana. Poranna herbata jest przygotowywana przez niego właśnie z tej puszki. Wspaniałe połączenie przeszłości, mentalnego kontaktu z przodkami i celebrowania chwili.

Jaka może być przecież lepsza okazja do smakowania niż dzień dzisiejszy? Jutro jest zagadką, dziś jest rzeczywistością. Tego muszę się uczyć przez całe życie. Może moje rozważania będą dla Was zabawne, a może odnajdziecie w nich cząstkę siebie. Najważniejsza jest świadomość i chęć do zmian na lepsze, pokonywanie ograniczeń oraz kompleksów i cieszenie się dniem codziennym. Tego Wam z serca życzę.

P.S. Przyznam się, że mam jeszcze jedną oryginalną herbatę do otwarcia. Czeka na swoją chwilę długo. Zbyt długo… Została przywieziona prosto z Japonii, dawnej stolicy tego kraju Kioto. Obiecuję sobie i Wam, że jeszcze dzisiaj wieczorem zostanie uroczyście zaparzona w porcelanowym czajniku. 🙂

Share.

About Author

Piszę od dawna i robię to z coraz większą przyjemnością. Ukończyłam ekonomię, ale życie pokierowało moją drogę zawodową w stronę dziennikarstwa, zarówno prasowego, jak i radiowego. Stanowi ono cały mój dorobek. Przez długi czas czułam się w tym zawodzie amatorką. Dzisiaj wiem, że to moje powołanie. Spełniam się pisząc na swoim blogu.

Dodaj komentarz