Inspiracje,  Miejsca

Odkopywanie Zakopanego

Z wiekiem mam coraz mniej kompleksów. To znaczy zależy, w której kategorii, bo jeśli mowa o wyglądzie, coraz więcej rzeczy znajduje się na „nie”. Nie wzrusza mnie natomiast zdziwienie, kiedy przyznaję się, że nie byłam w jakimś miejscu, na przykład w Zakopanem. Kilka dni temu mogłam zweryfikować swoje wyobrażenia o tym mieście z rzeczywistością.

Przemierzając małymi krokami po raz pierwszy w życiu słynne Krupówki, uważnie szukałam wszystkich symptomów świadczących o tym, że jestem w stolicy Tatr. W myślach miałam wszystkie obrazki, które zbierałam przez lata z opowieści innych ludzi i migawek telewizyjnych: zwałów białego puchu rozciągających się po horyzont, górali o rumianych policzkach w swoich konnych zaprzęgach, góralek o grubych warkoczach z koszami wypełnionymi po brzegi oscypkami i jeszcze maskotki białego niedźwiedzia, z którym obowiązkowo trzeba zrobić sobie fotografię. Takimi obrazkami karmiłam od lat swoje wyobrażenie o Zakopanem, a jak było w realu?

Krupówki, z wyjątkiem charakterystycznej zabudowy, przypominały mi warszawski Nowy Świat. Przestronny deptak z modnymi sklepami, w których ceny przyprawiają o zawrót głowy. Nie zawiodłam się na znanych sieciówkach, które powodują, że niemal każde handlowe miejsce w Polsce jest identyczne. Spotkałam kilka zmarzniętych góralek w wieku co najmniej dojrzałym i górali handlujących ludowymi spódniczkami i koralami. Aura nie zawiodła. Obrazek zaśnieżonego Zakopanego pozostał w mojej świadomości nietknięty. Na szczęście. Najlepiej broni się zazwyczaj natura. Niezmienna, potężna i piękna.

Wiszące nad miastem chmury długo jednak nie chciały ujawnić przede mną największej atrakcji, którymi niewątpliwie są najwyższe w Polsce góry. Wjeżdżając kolejką na Gubałówkę szukałam tatrzańskich szczytów, ale na próżno. W zamian otrzymałam przepiękne obrazki oszronionych drzew i cudowny klimat podczas babskich rozmów z moimi koleżankami z pracy. Gubałówka od tej chwili zawsze będzie mi się kojarzyć z rozmowami o najbliższych, którzy są obok nas, ale również tymi, którzy już odeszli. Na wysokości 1126 m (zawsze to bliżej nieba) udzielił się nam refleksyjny, świąteczny nastrój. Czas nagle się zatrzymał. Podobnie jak świat, który widać było za oknem. Dla takich spotkań i chwil warto żyć. Musiałam wspiąć się na zamgloną Gubałówkę, aby zrozumieć, jak ważna jest – nazwałabym to – uważność w życiu. Na drobiazgi, których dostrzeżenie może zmienić sposób patrzenia na otoczenie.

Szczyty Tatr było mi dane ujrzeć o poranku dopiero w dniu wyjazdu. Czuję niedosyt, ale może muszę wrócić jeszcze do Zakopanego i odkopać inne jego uroki. Jeszcze jedna rzecz mnie nie zawiodła. Kapela góralska, która jest chyba wstanie poderwać do życia największego pesymistę. Zachwyciła mnie również gościnność i uprzejmość ludzi z gór, a także ich wyjątkowa energia i krzepa. Powróciłam więc do domu z tradycyjnym pakunkiem oscypków o wątpliwym zapachu, ale jednocześnie pierwszym haustem górskiego powietrza w płucach.

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

 

Łatwiej lekko pisać, niż lekko przejść przez życie, ale razem jest znacznie łatwiej. Zapraszam więc do wspólnej podróży przez codzienność. Znajdziecie tu chwilę wytchnienia, dużą dawkę optymizmu i wiele inspiracji. Pokazuję jak wielką moc ma siła pozytywnego myślenia, a także jak dostrzegać efekty uboczne trudnych decyzji i niesprzyjających zdarzeń.

Leave a Reply