300 mil do nieba

0

Wakacje to czas, kiedy próbujemy, choć na kilka dni stworzyć sobie niebo na Ziemi. Dla jednych będzie to plaża z palmami, dla innych ekscytujące safari. Jeszcze inni swojego błękitnego kawałka raju poszukają nad naszym poczciwym Bałtykiem. Wszystko zależy od pomysłowości, inicjatywy i nastawienia.

Do miłego spędzenia wolnego czasu wystarczy umiejętność otworzenia się na świat, ciekawość i odrobina szaleństwa. To już krok do wspaniałej przygody, która dla mnie zaczęła się w deszczowy dzień nad polskim morzem.

Teraz Polska!

To miały być typowe wakacje. Ze względu na zdrowie dziecka tradycyjnie trzy tygodnie nad Bałtykiem. Pragnąc uatrakcyjnić pobyt, co roku zwiedzamy po drodze interesujące miejsca w Polsce. W ubiegłym roku była to wycieczka do Gniezna, osady Biskupin, podróż kolejką wąskotorową do Żnina oraz pobyt w Gąsawie – miejscu śmierci Leszka Białego. Szczególnie ta ostatnia atrakcja wywoływała rozbawienie u moich współpracowników. Otóż Gąsawa – dziś wieś, była przed wieloma laty ważnym ośrodkiem miejskim. W 1227 roku odbył się tu zjazd książąt dzielnicowych. Pikanterii dodają okoliczności, w jakich doszło do mordu księcia krakowskiego Leszka Białego. Napadu dokonano w czasie pobytu książąt w łaźni. Młody Leszek wyrwał się napastnikom, wskoczył nagi na konia, ale w drodze w kierunku wsi Marcinkowo został przeszyty dzidą. To zdarzenie upamiętnia monumentalny biały pomnik. Ciekawe? Oczywiście, wystarczy znajomość historii i odrobina wyobraźni.

W tym roku zorganizowaliśmy nocleg w zamku krzyżackim w Nidzicy, a następnie rejs statkiem po Kanale Ostródzko-Elbląskim – unikalnym w skali światowej ze względu na urządzenia hydrotechniczne, umożliwiających pokonanie różnicy poziomów kanału na odcinku ponad 100 metrów. Obrazowo mówiąc statki wpływają na specjalną platformę, która przemieszcza się po szynach, jak na górskiej kolejce. Zastosowane tam rozwiązania zachwycają zagranicznych turystów, którzy masowo przyjeżdżają obejrzeć to cudo techniki.

No to klops!

I to szwedzki. Ale po kolei. Przed wyjazdem nad Bałtyk zawsze sprawdzamy program wydarzeń w Trójmieście i okolicy. 26 czerwca na wodach Zatoki Gdańskiej odbyła się wielka parada okrętów wojennych i lotniczych. Po ponad 40 latach swoją potęgę prezentowała w całej krasie Marynarka Wojenna RP. W Gdyni podziwialiśmy m.in.: trałowce, okręt podwodny, fregatę rakietową oraz samoloty i śmigłowce. Przypadkowo wpadła nam wówczas ulotka reklamowa zachęcająca do zwiedzenia nowego promu Stena Line. Gdyby 1 lipca świeciło słońce, leżelibyśmy na plaży, ale niebo tego dnia było wyjątkowo pochmurne. Rozpatrując różne opcje zagospodarowania wolnego czasu wybraliśmy wyjazd do Gdyni na promocję statku.

Kolos widoczny jest już z daleka. Robi ogromne wrażenie. Jest długi na 176 metrów, szeroki na 29. Wygląda jak pływający 10-piętrowy wieżowiec. W swoich czeluściach jest w stanie pomieścić 460 aut i 1700 pasażerów. Obsługuje linię Gdynia – Karlskrona (Szwecja). Na pokładach są m.in. restauracje, SPA, sale gier oraz sklep dobrze zaopatrzony w perfumy i alkohole. Z ciekawością zaglądaliśmy do kajut. Estetyczne, czyste, 4-osobowe, wyposażone w ręczniki i łazienkę z prysznicem. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mogę popłynąć tym „potworem”. Członkowie mojej rodziny mieli jednak inne zdanie na ten temat. Niebywała zniżka promocyjna pozwalała niemal „za grosze” popłynąć na jeden dzień do Szwecji. I to był moment, kiedy decyzję trzeba podjąć nagle. W końcu taka okazja może się nie zdarzyć. No to skorzystaliśmy z darów losu…

Potopu nie było

Moje obawy i wizje katastroficzne na szczęście się nie sprawdziły. Jednakże widok liczby TIR-ów i samochodów, które wjeżdżają na pokład sprawia, że nogi robią się jak z waty. Mnie podczas rejsu dzięki bogatej wyobraźni udało się zrzucić przynajmniej dwa kilogramy. Kilka dni w morzu może być dla strachliwych świetną kuracją odchudzającą.

Rejs w jedną stronę trwa 12 godzin. Wypłynęliśmy wieczorem, więc w Szwecji byliśmy o poranku. Celem naszej wycieczki była Karlskrona (w szwedzkim tłumaczeniu korona Karola) wpisana w 1998 r. na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Miasto usytuowane na 33 wyspach jest jednocześnie głównym portem szwedzkiej marynarki wojennej. Szkierowe wybrzeże zachwyca swoją oryginalnością. Szereg skalistych wysepek tworzy piękny krajobraz, który z łatwością można podziwiać z promu. Postanowiliśmy samodzielnie zwiedzać miasto, wykorzystując doskonale przygotowane ulotki, w które można się zaopatrzyć na terminalu i statku.

Do centrum miasta pojechaliśmy autobusem. Przed dziewiątą Karlskrona licząca ok. 35 tysięcy mieszkańców wydawała się nieco opustoszała. Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy na zajmujący obszar 2 ha rynek, przy czym największy w Skandynawii (krakowski jest dwa razy większy). W centralnym miejscu usytuowano pomnik króla Karola XI, który wydał rozkaz budowy portu oraz miasta. Obejrzeliśmy kilka kościołów, dawny ratusz miejski, a potem na małej przystani czekaliśmy na otwarcie największej atrakcji – Muzeum Morskiego. Już na wstępie byliśmy miło zaskoczeni, bo do dyspozycji turystów jest bezpłatny zestaw słuchawkowy w języku polskim. W muzeum można podziwiać bogate zbiory modeli okrętów i wszystkiego, co wiąże się przemysłem stoczniowym i morskim. Najbardziej podobały się nam galiony, tj. rzeźby mocowane na dziobach dawnych statków oraz krótki tunel podwodny z widokiem na szczątki okrętu liniowego z II poł. XVIII w. W Karlskronie warto wybrać się również na dawny targ rybny, bezludną wyspę oraz obejrzeć majstersztyk budowlany – drewnianą latarnię morską pomalowaną w taki sposób, że wydaje się murowana. W porcie wojennym, przy odrobinie szczęścia, można zobaczyć jedne z najnowocześniejszych na świecie korwet klasy Visby. Okręty budowane w stoczni karlskrońskiej mają kadłub zbudowany z tworzyw sztucznych (kompozytów), co sprawia, że nie są wykrywane przez radary.

IKEA lustrem Szwecji

Przechadzając się uliczkami Karlskrony z ciekawością przyglądaliśmy się codziennemu życiu Szwedów. Jest czysto, schludnie, bez agresywnych reklam, a przy tym skromnie. Nie widać tam przepychu, ani w ubraniach, ani wyposażeniu kawiarni, możemy się domyślać, że również mieszkań. Zwraca uwagę dobra organizacja, prostota i funkcjonalność. Teraz doskonale rozumiemy filozofię sieci IKEA. Idealnie wpisuje się w mentalność Szwedów.

Na niektórych domach, zgodnie z marynarską tradycją, przy oknach wiszą lusterka, pozwalające zobaczyć, kto puka do drzwi. Żony marynarzy musiały wiedzieć z wyprzedzeniem, czy to mąż wraca do domu. W oknach nie ma firanek, za to niemal we wszystkich są małe lampki. Balkonowe kwiaty ustawia się do wewnątrz. Szwedzi są przyjaźni, otwarci i świetnie mówią po angielsku. Ubierają się sportowo, w pastelowe kolory, a mężczyźni w odróżnieniu do Polaków nie noszą skarpetek do sandałów. Piesi są traktowani przez kierowców po królewsku. Samochody zatrzymują się w momencie, gdy pieszy zaledwie zbliża się do jezdni.

W niektórych restauracjach do zamówienia podawany jest darmowy dzbanek wody. Zauważyliśmy, że w małych lokalach klienci sami sporządzają sobie kawę lub herbatę w specjalnie urządzonych do tego celu kącikach z termosami.

Dzieci są traktowane jako dobro narodowe kraju, tworząc im warunki do kształcenia i rozwoju. Od najmłodszych lat kształtuje się ciekawość i kreatywność. Oto przykład. Przeciętny kilkulatek wytrzyma w polskim muzeum średnio godzinę. We wspomnianym Muzeum Morskim naszą córkę wyciągaliśmy po czterech. Przede wszystkim w obiektach muzealnych można dotykać wielu eksponatów. W każdej sali była jakaś atrakcja dla najmłodszych: gra sprawdzająca celność strzału z armaty, albo umiejętność posługiwania się historycznym urządzeniem do nawigacji. Był małpi gaj stylizowany na statek, urządzenia nawigacyjne i konstrukcje sprawdzające utrzymanie równowagi, ekran umożliwiający wirtualne zwiedzenie historycznego okrętu, a także kartki z prostymi pytaniami kontrolnymi, również w języku polskim. Zwiedzanie kończy pobyt w specjalnie zaaranżowanej sali, gdzie dzieci otrzymują drewniane elementy, kawałki materiału, sznurek, klej i gwoździe do samodzielnego zbudowania statku. O wszystkim pomyślano, fartuchach, ściereczkach, umywalce, mydle i ręcznikach. Byliśmy zadziwieni, z jaką chęcią i pasją dzieci, po wielogodzinnym zwiedzaniu muzeum, oddawały się twórczej pasji. Widać, że w Szwecji stawia się na samodzielność, zaradność i pomysłowość. I jeszcze jedno. Ludzie uśmiechają się do siebie. Tak bez przyczyny. Po prostu. Po szwedzku. I właśnie z takim uśmiechem będziemy wspominać tegoroczne wakacje.

Elżbieta Sandecka-Pultowicz

Comments

comments

Przekaż dalej

O autorze

Dodaj komentarz