Kot – nieoczekiwana akcja ratunkowa

0

Szekspir mógłby napisać kolejny akt “Komedii omyłek”, a osiedlowy portal internetowy donosić o kobiecie z rozwianym włosem, latającej w piżamie z kotem. Była to niespodziewana akcja ratunkowa, w wyniku której zostałam lekko ranna, a kot na szczęście przeżył.

Nie, to nie był budzik. Przecież dziś mam wolne – pomyślałam. W sobotni poranek zbudziło mnie cichutkie miauczenie kota pod oknem sypialni. Przewróciłam się na drugi bok w nadziei, że to senna mara. Nic z tego. Jakiś kot ewidentne był gdzieś w pobliżu i tęsknie nawoływał o zainteresowanie. Przypomniałam sobie historię sprzed miesiąca. Wtedy kota sąsiadów ratowała moja córka. Czworonogi mieszkaniec osiedla widać postanowił już po raz drugi wykonać salto z drugiego piętra i wołać, tj. miałczeć o pomoc.

Problem z ucieczką tego kota wiąże się z tym, że po wyskoczeniu z drugiego piętra znajduje się na takim zamkniętym patio, do którego mają dostęp wyłącznie lokatorzy z parteru. Jakimś dziwnym trafem tylko my wykazaliśmy zainteresowanie całą sytuacją, choć za pierwszym razem właściciele chodzili od domu do domu w nadziei, że ktoś wyjdzie przez okno na patio i złapie kota. I trafiło na nas. Trudno było zostawić sąsiadkę, która wraz ze swoim 10-letnim synem liczyła na odrobinę dobrej woli. Wówczas bohaterką została moja córka, która dzielnie schwytała wystraszonego kota i przekazała go właścicielom. Tego dnia, córka spała jeszcze smacznie, więc postanowiłam przejąć inicjatywę.

W tym czasie mój mąż już w pełni ogarnięty po porannej toalecie i śniadaniu, siedział w salonie z najgrubszym dostępnym w kiosku zestawem krzyżówek i oddawał się ulubionej rozrywce. Cała akcja rozpoczęła się natomiast w naszej sypialni.

Ledwo co obudzona, podeszłam do okna i podniosłam żaluzje. Znajomy kot siedział sobie na naszym parapecie i nadal cichutko miauczał. Na ukwieconym balkonie naprzeciw moich okien pomachała do mnie sąsiadka. Uśmiechnęłam się na powitanie i w milczeniu, aby nie budzić reszty osiedla, postanowiłam podjąć akcję ratunkową. Pamiętając z relacji córki, jak ostre są kocie pazurki, zdążyłam włożyć na piżamę grubą bluzę. Otworzyłam okno, a kot jakby tylko na to czekał. Wśliznął się wprost w moje ramiona i wczepił się mocno. Nie czekając długo, od razu wybiegłam z mieszkania i wyszłam przed klatkę schodową licząc, że zaraz pojawi się szczęśliwa właścicielka.

Stałam więc długą chwilę zastanawiając się co dalej. Ponieważ nikt nie przychodził wpadłam na pomysł, że nawiążę z nią kontakt od strony balkonu. Nie zważając na mój nocny strój i stan włosów, poleciałam tam czym prędzej. Jak zjawa przemknęłam przez pół osiedla pod patio. Spojrzałam w stronę balkonów, ale tam nikogo już nie było.

– O rany, na pewno teraz sąsiadka wyszła przed klatkę, a tam mnie nie ma! – pomyślałam. – Muszę szybko podejść z powrotem i popędziłam pod klatkę. W tej grubej bluzie zgrzałam się mocno, ale kot, choć bardzo czujny, trzymał się dzielnie mojej piersi. Z ciekawością obserwował otoczenie i rozwój sytuacji. Przyleciałam pod klatkę, a tu znowu cisza. Nikogo nie ma. Popadłam w konsternację.

– Jak to jest? – pomyślałam. To ja biegam po osiedlu, a pani właścicielka, nie chce nawet wyjść po swojego pupila? Widać liczy na to, że przyniosę kota do jej mieszkania. Zalała mnie fala gorąca. Był jednak poważny problem, polegający na tym, że nie wiem pod które konkretnie drzwi mieszkania podejść.

Stałam jak wryta z tym kotem na piersi, nie wiedząc zupełnie, co robić. Tymczasem w stronę mojej klatki zmierzał jakiś starszy pan. Nie zrażając się moim wyglądem otworzył drzwi i uprzejmie czekał, aż wejdę pierwsza. Zrobiłam krok do przodu, próbując w tej niejasnej sytuacji wrócić do domu, ale nagle kot zareagował. Spanikował, wbił się mocno pazurami i próbował uciec z moich ramion. Cofnęłam się i mocniej ścisnęłam zwierzaka. Żebyście wtedy widzieli spojrzenie tego pana. – Wariatka – pomyślał chyba. Jakaś roztargniona kobieta w piżamie z kotem, który boi się wrócić do domu. Co ciekawe ona jeszcze bardziej przestraszona niż jej pupil.

Dobrze, że nie wezwał policji – pomyślałam. Pan wszedł do środka i postanowił nie reagować.

I znowu zostałam sama z kotem na piersi. Poczułam kolejną falę gorąca do tego stopnia, że poczułam się słabo. – I co tu robić? – zastanawiałam się. Chyba przyjdzie mi wziąć kota do domu. Wpadłam wtedy na genialny pomysł, że w całą akcję włączę spokojnie rozwiązującego krzyżówki męża. Zadzwoniłam domofonem i niemal płaczliwym głosem poprosiłam, aby wyjrzał przez okno sypialni i przekazał sąsiadce o ile tam jest, że ciągle czekam z tym kotem. Po chwili ujrzałam przez szybę mego Rysia, który wpuścił mnie do klatki. Tym razem kota trzymałam zdecydowanie mocniej wiedząc, że bardzo źle reaguje na zamknięte pomieszczenia. Po minie mojego męża widać było, że nie jest zadowolony z tego, że wyrwałam go z porannego relaksu.

– Idziemy – powiedział do mnie jak generał. Czułam, że nie warto wchodzić w dodatkowe szczegóły. Zamiast do domu podszedł do windy. Kot znowu dostawał szału, ale nie zamierzałam go wypuścić. Cały był spięty, czujny i gotowy na wszystko. Serce waliło mu jak młot. Moje również.

Wjechaliśmy na drugie piętro. Mój mąż bez słowa podszedł pod drzwi jednego z mieszkań i zapukał. Było cicho, jak makiem zasiał. Ponowił próbę, a dopiero po chwili za drzwiami słychać był lekki szmer, a potem głos chłopca: – Kto tam?

– Twój kot – odpowiedział mój mąż. Drzwi uchyliły się na odległość zasuwy. Rozespany chłopiec ze strachem spojrzał na dwójkę dorosłych i dopiero, gdy zauważył kota w moich ramionach, otworzył szeroko drzwi.

Co jest? – pomyślałam. Sąsiadka od kota powinna już dawno czekać pod drzwiami. Nie chce teraz podejść i wysyła swojego syna? Ta historia przybierała nieoczekiwany przebieg.

– Znowu uciekł? – powiedział zaskoczony całą sytuacją i lekko zdezorientowany chłopiec. – Dziękuję – dało się słyszeć cichutko. I zamknął drzwi.

Weszliśmy z mężem do windy. Jak spojrzałam w lustro, przestraszyłam się sama siebie. Potargane włosy, bluza cała w sierści, a na szyi szrama po ostrych pazurach. Mąż nawet na mnie nie zerknął. Widać jakoś w ogóle nie doceniał mojego bohaterstwa.

Kiedy wróciliśmy do domu powrócił do swojej ulubionej czynności. Założył okulary i dalej w milczeniu rozwiązywał krzyżówki. Siedziałam osłupiała przez długą chwilę, po czym spytałam:

– Nie mogę zrozumieć, dlaczego sąsiadka nie wyszła po kota?

– Która sąsiadka? – zapytał.

– Ta z balkonu – zdziwiłam się samym pytaniem.

– To nie ona – powiedział spokojnie.

– Jak to nie ona? To ja latam po osiedlu z kotem, a ona nawet nie wyszła po niego przed klatkę? – już nic nie było dla mnie jasne.

– To nie ta sąsiadka. Kobieta z ukwieconego balkonu nie jest właścicielką kota, ale ma syna, który przyjaźni się z chłopcem od kota, stąd zainteresowała się całą sytuacją. Podała mi numer mieszkania drugiej sąsiadki i tam zanieśliśmy kota.

– To dlatego nikt do mnie nie przychodził – stwierdziłam i wszystko nabierało sensu. Chłopiec i jego matka nie byli nawet świadomi, co się rozgrywa na osiedlu. Po prostu smacznie sobie spali…

– Właśnie zdziwiłem się, że wychodzisz na zewnątrz w piżamie – beznamiętnie stwierdził mój mąż.

– No właśnie! I nie zareagowałeś? – zdziwiłam się.

– A po co? – skwitował.

Jak widać, mam bardzo wyrozumiałego męża. To nic, że żona biega po osiedlu w piżamie i podejmuje akcję ratowniczą. Równie dobrze mogłabym wyjść nago, albo tak po prostu wyjść bezpowrotnie. A w tym czasie mój mąż ze stoickim spokojem rozwiązywałby krzyżówki. Poszłam pod prysznic z myślą, że też kupię sobie krzyżówki. Tak na wszelki wypadek, gdyby to mój mąż postanowił, gdzieś nieoczekiwanie wyjść. O kocie nie wspominając.

Bardzo dziękuję mojej przyjaciółce Beatce Wlazłowskiej za udostępnienie zdjęć swoich kotów Taby oraz Otisa. 🙂

Share.

Leave a Reply